Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wełna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wełna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 października 2013

Parę słów o przędzach tkackich

1. Klejonki


 Zbierałam się do tego tekstu od paru tygodni, aż kopniaka do niego dała mi... klejonka. Bardzo pośrednio zresztą.
Otóż do zaprawiania wełny używam stale tej samej porcji roztworu w wielkim garze, do którego przed każdą nowa partią dodaję trochę ałunu i wodorowinianu potasu - tak, by utrzymać stałe stężenie. Aż na początek weekendu postanowiłam zaprawić porcję kupnej jednonitkowej przędzy tkackiej - pięknej wełny o beżowokremowym zabarwieniu, z wyraźną zawartością włosa rdzeniowego - normalnie cudo! A że zmęczony tygodniem człowiek w piątek nie myśli, po prostu przewinęłam wełnę z przemysłowej szpuli na motki, i wrzuciłam do gara....
...by po chwili zobaczyć, jak po roztworze bejcy rozchodzi się mroczna chmura mętnego kisielu!
- O żeż #%&#@, klejonka! - zaklęłam w duchu (moja kocica twierdzi, że nie tylko w duchu).
Cóż, mój "wieczny roztwór" nadaje się już tylko do kanalizacji. I wątpię, czy w ogóle ta porcja przędzy złapie porządnie bejcę.
Przypuszczam, że tkaczce mającej praktykę z przędzami przemysłowymi nie przyszłoby w ogóle do głowy, by wrzucić do zaprawy taką wełnę bez prania. A mi przyszło - bo przecież nie była tłusta...

Zaczynałam - lata temu - jako prządka, nie tkaczka. I, zgodnie z wiedzą pozbieraną głównie od osób, które same jeszcze przędły wełnę, nauczyłam się prząść ją we własnym tłuszczu. Gdy zaczęłam wykorzystywać swoją przędzę do tkania (na bardku i tabliczkach), nadal była to przędza nieodtłuszczona, a w każdym razie nie całkowicie. Gdy przyszło do użycia w tym samym celu wełny pranej - poczułam radykalną różnicę. Przędza zaczęła się "haczyć", mechacić, przecierać w tempie przyspieszonym. I była to taka sama wełna, z moich wrzosówek, tak samo przędziona, o bardzo podobnej grubości i kącie skrętu. Nie próbowałam na tym etapie wykorzystywać klejonek - po prostu stwierdziłam, że nie warto komplikować rzeczy prostych, i pozostałam przy przędzy z wełny nieodtłuszczonej.

Upewniły mnie w tym przeczytane opracowania. John Munro wielokrotnie stwierdza, że w sukiennictwie średniowiecznym nie tylko przędziono, ale i tkano wełnę w tłuszczu - przy przerobie sukienniczym oliwie bądź maśle, przy tańszych tkaninach niefolowanych często w zachowanym tłuszczopocie owczym. Również inni autorzy wskazują jako jeden z celów zabiegów foluszniczych - usunięcie pozostałości tłuszczu z utkanego materiału (Mączak 1955, Wigglesworth 2006). Lanolina, której pozostałości w tkaninach zauważa Nahlik (1952), i przypisuje jej funkcję impregnacyjną, mogła też być po prostu pozostałością procesu technologicznego. 

Współcześnie w tkactwie wykorzystuje się najczęściej klejonki skrobiowe - z taką właśnie miałam wątpliwą przyjemność podczas niefortunnej próby zaprawiania. Jakie są ich zalety? Przede wszystkim niewielki koszt. Ponadto są to klejonki "czyste", w stanie suchym bądź przy niewielkiej wilgotności niebrudzące. Są stosunkowo trwałe, przędzę z naniesioną tego typu klejonką można bezpiecznie długo przechowywać. Ich własności są stabilne w zmiennych temperaturach. W stanie suchym jednak są sztywne i nieelastyczne, podatne na wykruszanie z pracującej osnowy. Gdy już dojdzie do częściowego uszkodzenia przędzy, postrzępione końcówki włókien, odstające od przędzy, a usztywnione wciąż zachowaną na nich resztką klejonki, są nawet podatniejsze na zahaczanie się o sąsiednie nici osnowy i dalsze niszczenie, niż całkowicie klejonki pozbawione.

Tymczasem natłustki - zwłaszcza te historyczne, oparte na tłuszczach naturalnych - są kosztowne, nawet bardzo kosztowne w porównaniu z zawiesiną skrobiową. Tłusta w dotyku przędza łatwo zbiera zanieczyszczenia, i sama brudzi stykające się z nią elementy maszyn tkackich - tym większy to problem, im bardziej złożone maszyny (czyli im później w historii). Naturalne tłuszcze - wykorzystywane w sukiennictwie masło czy oliwa -  podlegają jełczeniu, a produkty ich rozkładu mogą z czasem nawet zniszczyć włókno (czyżby tu można było dopatrywać się przyczyny, dla której nie należało zbyt długo pozostawiać sukna na krośnie tkackim? Z całą pewnością wymusza to folowanie wkrótce po zakończeniu tkania.)  Wyższa temperatura upłynnia natłustkę, niższa ją zestala. Tu jednak koniec wad - natłustka nie wykrusza się z przędzy, nawet jeśli dojdzie do częściowego uszkodzenia tejże, to wciąż ułatwia poślizg wolnych końcówek włókien, i zapobiega dalszemu niszczeniu przędzy. Gdy klejonki skrobiowe w stanie suchym tracą własności antyelektrostatyczne, nie wysychająca natłustka jest pod tym względem niezawodna.

Czy w średniowiecznym tkactwie używano klejonek, czy natłustek? Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że potwierdzenie zastosowania jednych nie wyklucza zastosowania drugich - choć raczej nie jednocześnie (tłuszcze są hydrofobowe, natłuszczona przędza nie przyjmie już dobrze klejonki opartej na wodzie). Jednakże opracowania, których autorzy oparli się na źródłach średniowiecznych, a nie etnograficznych, zdecydowanie wskazują na natłustki. Również znana mi ikonografia nie sugeruje obecności niczego, co można by uznać za klejonkę - podczas gdy obecność natłustek potwierdza jak najbardziej.
Czesacze i gręplarze wełny wielokrotnie ukazywani są w pobliżu przenośnych piecyków i innych źródeł ciepła, i wyraźnie nagrzewają przy nich narzędzia pracy - to dowód na konieczność upłynnienia tłuszczu obecnego w czesance. Tłuszcz ten pozostawał w wełnie aż do etapu folowania sukna.
http://www.nuernberger-hausbuecher.de/75-Amb-2-317-28-v

Wzmianki o klejonkach pojawiają się w kontekście odniesień do współczesnego tkactwa artystycznego i ludowego - które w Europie już od wielu dziesięcioleci jest tak naprawdę też tkactwem artystycznym, korzysta często z półproduktow w postaci przędz maszynowych. Ponadto sukiennictwo ludowe na terenach Polski wygasło jako pierwsze - etnografowie stykali się zwykle z płóciennictwem i dywaniarstwem (przeważnie wykorzystującym lnianą osnowę przy wełnianym wątku; w taki też sposób wytwarzane są ludowe pasiaki). A przy włóknach łykowych natłustka sprawdza się słabo - wnika w ich głąb, osadza się wewnątrz i staje niemal nie do usunięcia, a jełczejąc, niszczy wyrób. Dlatego w płóciennictwie i tkaniu wełną na lnie zdecydowanie odpowiedniejsze są klejonki, począwszy od prządki plującej w palce przy przędzeniu (informacje własne, wielokrotnie potwierdzone w rozmowach z prządkami starszego pokolenia).

Jak przełożyć to na praktykę rekonstrukcji historycznej? Muszę powiedzieć, że ciężko, o ile nie pracuje się z wełną od etapu surowego runa lub przynajmniej wełny pranej samodzielnie przerabianej na czesankę. Wszelkie źródła i opracowania, z jakimi się zetknęłam, wskazują bądź to na zachowanie naturalnego tłuszczu owczego, bądź nanoszenie natłustki na etapie  czesania. W takim przypadku jej niewielka ilość może być skutecznie rozprowadzona po wełnie, nie dając efektu zbliżonego do porcji frytek z kiepskiego baru... Przy nanoszeniu jej ręcznie dopiero na gotową przędzę graniczy to z niemożliwością - choć współcześnie wykorzystuje się trochę inne metody: emulsje wodno-tłuszczowe (woda odparowuje, tłuszcz pozostaje), bądź nanoszenie kropelkowe (spray).
Bo natłustki są używane w tkactwie przemysłowym i dziś - tyle, że ze względu na trudności z przechowywaniem nanoszone są dopiero w zakładach tkackich. Jeśli napotykamy przędzę apreturowaną w handlu, to jest to przędza z klejonką.
Taka, jak ta, która zamieniła w kisiel moją zaprawę ałunową!

2. Kąt skrętu przędzy / TPI  (ki diobeł?)

 Jako że użyłam tu terminu może niezbyt powszechnie zrozumiałego, to wypadałoby go najpierw wyjaśnić. Co to jest kąt skrętu przędzy?
Jest to kąt, pod jakim skręcone - czyli odchylone od osi przędzy -  zostały tworzące ją włókna. Jest to też parametr, którego próżno by szukać w większości publikacji traktujących o znaleziskach tekstylnych - i to mimo faktu, że dla odtworzenia tych znalezisk jest jednym z najistotniejszych

 Najlepsze, na co można liczyć w tekstach, to stwierdzenia "mocno skręcona przędza", "słabo skręcona przędza". Lepsze, niż nic, ale dla mnie mało wartościowe, bo całkowicie subiektywne. Czy przędza skręcona pod kątem 20 stopni jest już "mocno skręconą"? A może dopiero ponad 40 stopni (a dlaczego nie 45)? Brak ten jest frustrujący o tyle, że to wielkość bardzo łatwo mierzalna - cóż, trzeba pogodzić się z faktem, że archeolodzy na ogół nie piszą dla rekonstruktorów. W nowszych publikacjach na szczęście coraz częściej sprawę ratują zdjęcia - ale jakość fotografii w opracowaniach sprzed więcej niż kilkunastu lat rzadko daje taką szansę.

Dlaczego kąt skrętu jest istotny?
Otóż (starzy wyjadacze wybaczą mi oczywistości) im mocniej skręcona przędza, tym jest ona mocniejsza i trwalsza, odporniejsza na przetarcie czy rozsnucie. Jako bardziej zwarta, jest też sztywniejsza i twardsza w dotyku, oraz "zimniejsza" - bo między mocno skręconymi włóknami pozostaje mniej izolującego powietrza.
Przędza słabiej skręcona jest miększa i delikatniejsza, cieplejsza, ale mniej trwała, bardziej podatna na przetarcie - tak podczas użytkowania, jak i jeszcze przy tkaniu.
Jak widać, trzeba znaleźć kompromis pomiędzy wadami i zaletami - dla różnych tekstyliów ten kompromis wypadnie w różnych punktach, zależnie od funkcji, jaką miały pełnić.


Autorzy opracowań niekiedy zamiast kąta skrętu przędzy podają liczbę jej skrętów na jednostkę długości. Dość rzadko jeszcze można się zetknąć z taką informacją w opracowaniach archeologicznych, natomiast w technologii przędzalnictwa jest ona jedną z podstawowych, i stąd przenika do literatury rękodzielniczej - zwłaszcza anglojęzycznej, w której powszechny jest termin TPI, czyli twists per inch (skręty na cal). I jeśli mamy do czynienia z tym skrótem, sprawa jest jasna. Gorzej, jeśli autor, dla którego język angielski nie jest rodzimym, pisze w tym języku, a operuje systemem metrycznym i nie zaznacza tego. Dlatego jeśli w anglojęzycznym opracowaniu napotykamy sformułowanie typu "yarn twist 2,5"  przed przystąpieniem do rekonstrukcji tej przędzy zawsze trzeba się upewnić, jaką jednostką autor operuje.

Warto dodać, że sama liczba skrętów na jednostkę długości to za mało, by określić, czy dana przędza była słabo, czy mocno skręconą, i jak mocno. Np. 3 skręty na cal to całkiem sporo przy grubej włóczce dziewiarskiej, i zupełnie mało przy cienkiej przędzy tkackiej. Dlatego TPI ma wartość informacyjną tylko w połączeniu z informacją o grubości przędzy - wyrażoną czy to wprost, czy poprzez gramaturę, czy liczbę nitek na cal (bądź cm) w tkaninie. Natomiast kąt skrętu jest wartością bezwzględną - przędza o skręcie 15 stopni będzie skręconą lekko, a 40 stopni - bardzo mocno, niezależnie od ich grubości.

Współcześnie, w epoce powszechnego stosowania tzw. dodatków uszlachetniających do wełny, można sobie pozwolić na przędzę o niskiej wartości skrętu. Będzie delikatniejsza, przyjemniejsza i cieplejsza w noszeniu, a odpowiednią jej wytrzymałość na przetarcie, przynajmniej podczas procesów technologicznych (bo potem niech się martwi klient) zapewnią owe dodatki uszlachetniające, czyli pewna ilość włókna syntetycznego o pożądanych właściwościach. Dlatego tkaniny przemysłowe, nawet te opisywane jako "stuprocentowa wełna", w rzeczywistości stuprocentowe nie są - zawierają przynajmniej kilkuprocentowy dodatek syntetyków, poprawiających odporność na rozciąganie i przetarcie, a nie wymienianych w składzie. Kąt skrętu przemysłowej przędzy tkackiej, z której barwieniem właśnie się zmagam, to zaledwie jakieś 20 stopni. W publikacji Wełniane tekstylia pospólstwa i plebsu gdańskiego M.Grupy dobrej jakości zdjęcia pozawalają oszacować kąt skrętu przędz w niektórych tkaninach - wynosi on (szacunek orientacyjny, na podstawie fotografii) najmniej około 30 a najwyżej 40 stopni (s. 195, 198, 220, 224, 225). Tkaniny o znacznie mniejszym kącie skrętu (s.208, 210) były wyrobami zdecydowanie luksusowymi, o gęstości ponad 47 nici/cm w osnowie, mało typowymi. Mniejszy kąt skrętu pojawia się również w wyrobach dzianych.

Póki co, bezskutecznie marzę o obszerniejszej pracy analizującej kąt skrętu (bądź TPI) większej próbki historycznych przędz. Jednakże lepszej jakości fotografie i rozrzucone wzmianki wyraźnie sugerują, że przeciętne historyczne przędze były zauważalnie mocniej skręcone, niż współczesne wełniane przędze przemysłowe. Dla tych ostatnich kąt skrętu równy 20 stopni jest już wartością dość wysoką - dla osnowowych przędz średniowiecznych i nowożytnych była to dolna wartość graniczna, z medianą w okolicach 30 stopni, a górną wartością graniczną około 45 stopni (zaznaczam, nie była to analiza reprezentatywnej próbki materiałów źródłowych, a tylko przegląd łatwo mi dostępnych zdjęć i opracowań).
Mediana pokrywa się z moimi praktycznymi obserwacjami - przędza o skręcie około 30 stopni (jednonitkowa, we własnym tłuszczu) doskonale sprawdzała się w moich eksperymentach tkackich:
Wytrzymałość przędz, nawet przy celowo dość brutalnym przerzucaniu bardka i nicielnic oraz dobijaniu wątku, była więcej niż zadowalająca - jednonitkowa przędza okazała się wytrzymalsza, niż dwojone przędze fabryczne (dywanówka z Kowar). Jedynym problemem okazała się niestabilność przędz jednonitkowych - najwęższe krajki po zwolnieniu naprężenia miały tendencję do spiralnego skręcania się w kierunku przeciwnym do skrętu przędzy. Nie jest to problemem, gdy pełnią funkcję obszycia, lecz może być niewygodne, gdy służą jako troki bądź owijacze. Ale to tylko argument na poparcie celowości dwojenia przędz do wyrobów pasmanteryjnych, o czym później.

Przędza o tym samym kącie skrętu, około 30 stopni, ale wykonana przez mnie z odtłuszczonej czesanki przemysłowej, także "dawała radę", ale wymagała zauważalnie delikatniejszego traktowania, przy energicznym przerzucaniu i dobijaniu zaczynała się mechacić, co było wstępem do jej uszkodzenia.
W niedalekich planach eksperyment z przędzą o zauważalnie mniejszym kącie skrętu - zdam sprawę z rezultatów.


3. Dwojenie przędzy

We współczesnym tkactwie artystycznym jako osnowę wykorzystuje się najchętniej przędzę dwojoną, gładszą, bardziej wyrównaną i odporniejszą na przetarcie. A że rekonstrukcja opiera się w dużej mierze na rękodziele artystycznym i ludowym, taka osnowa trafia i do tkactwa rekonstrukcyjnego, nawet na poziomie aspirującym do miana naukowego. Choćby w eksperymencie w Ribe jako osnowy do materiału przeznaczonego na rekonstrukcję koszuli z Viborga użyto przędzy dwojonej, mimo świadomości, że oryginał był wykonany na osnowie pojedynczej. Ogólnie w średniowiecznych tkaninach ubraniowych nie spotyka się przędz dwojonych, poza samymi brzegami tkanin (Crowfoot i in. 2001, s.46 i dalej)
Inaczej jest w wyrobach pasmanteryjnych. Krajki tkane na tabliczkach wykonywane były standardowo z przędzy dwojonej. W krajkach wykonanych na bardku lub wąskim krośnie (nie do rozróżnienia na podstawie gotowego wyrobu) występują również przędze pojedyncze (ibidem, s. 52 i dalej). Jednak wiele krajek "bardkowych" zostało wykonanych z przędzy dwojonej. 
Krajka na rękawie tuniki ze Skjoldehamn - przędza Z2S
Dlaczego? Jeden powód już wskazałam powyżej - małą stabilność przędzy pojedynczej w cienkich paskach, skutkującą spiralnym skręcaniem się gotowego wyrobu wokół własnej osi.
Ponadto przędza dwojona jest znacznie odporniejsza mechanicznie - tkanina z niej wolniej ulega przetarciu i zniszczeniu. Jeśli przyjmiemy, że krajki na brzegach rękawów, dekoltu i innych krawędziach tkaniny były stosowane nie tylko jako dekoracja, ale świadome wzmocnienie miejsc narażonych na uszkodzenie - to jasne staje się, że celowe było zastosowanie w tych miejscach trwalszego i mocniejszego surowca. Wreszcie, przy krajkach wzorzystych, w grę wchodzi większe wyrównanie i czytelność wzoru.

Przy wysokiej jakości wyrobach dziewiarskich i niciach do szycia celowość użycia przędzy dwojonej jest dość oczywista - przędza pojedyncza, jeśli nie jest napięta, za sprawą sprężystości włókien skręca się w kierunku przeciwnym do skrętu nadanego podczas przędzenia, przez co plącze się i rozkręca. Dwojenie, wykonywane w kierunku przeciwnym niż przędzenie, stabilizuje przędzę i zapobiega tym problemom - nawet puszczona wolno, stabilna przędza dwojona nie rozkręca się.
Ma to zasadnicze znaczenie również przy tkaniu na tabliczkach - obracając je, tkaczka bądź pogłębia skręt przędzy, bądź go niweluje. To pierwsze z czasem doprowadza do wytworzenia przekręconych "sprężyn" (co jeszcze nie jest najgorsze, bo można nadmierny skręt usunąć, zwolniwszy nici osnowy, bądź obracając tabliczki w przeciwną stronę), to drugie - do zniszczenia przędzy przez jej zmianę w luźne pasemko, które nieuchronnie rozpadnie się. Przy przędzy dwojonej, jeśli dochodzi do przekręcenia osnowy, można tak samo zniwelować je po zwolnieniu naciągu (lub zmieniając kierunek obrotów). Jeśli dochodzi do jej rozkręcenia - dwojona nić się wciąż nie rozpada, bo jednocześnie akumuluje się skręt jej składowych pojedynczych nitek. W stabilnej przędzy po zwolnieniu naciągu te nitki wrócą do dawnego układu, jednocześnie odtwarzając skręt dwojenia.

Dlaczego, mimo zauważalnych zalet przędzy dwojonej, nie wykorzystywano jej więc w tkaninach ubraniowych? Odpowiedź jest oczywista - czas! Zainteresowanych nim odsyłam znowu do eksperymentu z Ribe, zaś tu wspomnę tylko, że najbardziej praco- i czasochłonnym etapem wyrobu wszelkiego rodzaju tekstyliów było zawsze przędzenie. A wykonanie przędzy dwunitkowej oznacza przeszło dwukrotny wkład czasu i pracy - trzeba wysnuć i uprząść podwójną długość nici, a potem jeszcze nić tę zdwoić! Miało to uzasadnienie tam, gdzie chodziło o wykonanie stosunkowo małej ilości przędzy do "zadań specjalnych" - jak szycie, tkanie drobnych elementów pasmanteryjnych, niekiedy dziewiarstwo (warto dodać, że przędza dziewiarska na ogół była gruba w porównaniu z tkacką, a więc mniej czasochłonna sama w sobie).

Ale czas i wkład pracy to niejedyny czynnik. Dziś mogą nas fascynować "rustykalne" tkaniny o grubym, widocznym splocie, ale nie zmienia to faktu, że historycznie to nie one były cenione Tkaniny luksusowe, o gęstym splocie, wymagały odpowiedniego półproduktu - cienkiej przędzy. Dwojenie jej byłoby równoznaczne z pogarszaniem jakości gotowego produktu - wytwarzaniem gorszej tkaniny, gdy można było nie zmieniając surowca ani nakładu pracy wytworzyć lepszą.
Oczywiście, można przywoływać argument większej trwałości przędzy dwojonej - ale, jak widać po znaleziskach, nie był to argument istotny dla naszych przodków. Prządki były w stanie wytworzyć wystarczająco dobrą przędzę osnowową jednonitkową, i wytwarzały ją. Grubość nie była tu problemem, nawet te "pajęcze" nici były używane w tkactwie - i jasno widać, że z sukcesem (Grupa wspomina m.in. tkaninę o gęstości osnowy ok. 120 nici / cm)! Tkanin odzieżowych z przędzy dwojonej opracowania najzwyczajniej nie wymieniają (co oczywiście nie oznacza, że "być nie mogło", ale nie zajmuję się tu teorią bytów możliwych, tylko rekonstrukcją).

Moja praktyka to potwierdza - ręcznie wykonana przędza, zawierająca lanolinę, o skręcie w okolicach 30 stopni, nadaje się na osnowę bez dwojenia. Natomiast jeśli przędza tak wykonana ma wady sprawiające, że na osnowę się nie nadaje - dwojenie nic tu nie zmieni.
Nie spodziewam się kiedykolwiek wytwarzać przędzy o grubości porównywalnej ze wspomnianą wyżej (choćby dlatego, że wełna z moich ulubionych ras prymitywnych słabo się do tego nadaje), ale w przędzeniu mam pewną praktykę - i śmiało mogę powiedzieć, że wprawa, jaką w tej dziedzinie mogą mieć najwprawniejsi rekonstruktorzy, wytrzymuje porównanie najwyżej z parunastoletnią dziewczynką, dla której przędzenie było czynnością codzienną. Kobieta, która od wczesnego dzieciństwa przędła, przez większą część roku po kilka - kilkanaście godzin dziennie, otrzymywała przędzę taką, jakiej potrzebowała. Bez konieczności robienia nici gorszej, ale za to cieńszej, a potem jej dwojenia (i narobienia się przy tym dwa i pół raza więcej).

To, jaką wagę przywiązywano do natłuszczania wełny przy czesaniu (Bogucka, Munro), wskazuje na jeszcze jedna rzecz - wiedziano, że obróbka wstępna niszczy włókna, i starano się świadomie minimalizować ten problem.
Włókno ulega osłabieniu także na etapie przędzenia, jeśli przesuwając się, pasemko wełny lub przędza trze o jakiekolwiek obiekty. Przy przędzeniu na wrzecionie ten problem nie istnieje - a trzeba pamiętać, że nawet po wprowadzeniu kołowrotka, przędze osnowowe były (a przynajmniej miały być) wykonywane na wrzecionie. Przy przędzeniu na kołowrotku nowożytnym pojawiają się dwa punkty, gdzie przędza trze o elementy maszyny -  oczko i haczyki. Tym ważniejsze staje się jej natłuszczenie, zmniejszające opór i chroniące przed uszkodzeniem. Współczesny przerób tylko wydłużył ten proces, zwiększając liczbę miejsc, gdzie może dojść do osłabienia przędzy.

Na wytrzymałość przędzy ma wpływ także surowiec, z którego ją wykonano, czyli runo - a więc przede wszystkim typ i rasa owiec. Ale to już temat na samodzielny wpis...

Tymczasem można poprzestać na konstatacji, że współczesne przędze tkackie nie są rekonstrukcją przędz historycznych. A wobec tego ich wykorzystanie do rekonstrukcji historycznych wyrobów, przy użyciu historycznych narzędzi i technik, może stwarzać problemy zupełnie niehistoryczne. A szukanie "rekonstrukcyjnych" metod ich rozwiązania może nas zapędzić w kwadraturę koła, na podobieństwo kwestii: Jak zrobić historyczne buty do chodzenia po asfalcie? (Odpowiedź: Nie chodzić po asfalcie).
I podobnie należałoby powiedzieć: Jak tkać historyczne tkaniny z przemysłowej przędzy? Odpowiedź: Nie tkać z przemysłowej przędzy.

A powiedziawszy to, wracam do zabawy z "kisielotwórczą" inspiratorką tego tekstu. Tak jest, z przemysłową przędzą właśnie. Niedawno sprawiłam sobie pełnowymiarowe krosna, i mam zamiar ich używać. Ale do tego, by zapewnić sobie odpowiednią ilość "full-kosher" przędzy do ich osnucia, musiałabym jeszcze mieć prywatną niewolnicę....





Bogucka M.: Gdańskie rzemiosło tekstylne od XVI do połowy XVIIw, Warszawa 1956
Crowfoot E., Pritchard F., Staniland K.:  Textiles and Clothing, London 2001
Ejstrud Bo (red): From Flax to Linen. Experiments with flax at Ribe Viking Centre, Esbjerg  2011
Grupa M.: Wełniane tekstylia pospólstwa i plebsu gdańskiego (XIV-XVII w.) i ich konserwacja, Toruń 2012
Løvlid D. H.: Nye tanker om Skjoldehamnfunnet, Høsten 2009
Mączk A.Sukiennictwo wielkopolskie XIV-XVII wiek, Warszawa 1955
Wigelsworth J.R. : Science and Technology in Medieval European Life, 2006

poniedziałek, 30 września 2013

"Polska owca"... ale jaka?

Od pewnego czasu, gdy to zdarzyło mi się zakupić akcesoria tkackie w pewnym sklepie wysyłkowym, dość regularnie dostaję z niego oferty, to handlowe, to warsztatowe - między innymi, chcą nauczyć mnie przędzenia wełny. Lat temu kilkanaście pewnie byłabym nawet zainteresowana!

Ale nie w marketingu rzecz, tylko w terminologii. Otóż oferta, nieco koślawą polszczyzną, zapowiada:
Uczestnicy będą mieli okazję zapoznania się z historią i budową kołowrotków oraz przędzenia różnych rodzajów wełny: gręplowana warstwowo i w taśmie, polska i z merynosa.
To, czego pragnę się tu uczepić, to owa "wełna polska" jako specyficzny rodzaj (obok merynosa, jak rozumiem). A nie po raz pierwszy spotykam się z takim "określeniem technologicznym". Miałaby to być wełna... no właśnie, Bóg (Perun, Thor, Manitou...) raczy wiedzieć, jaka. W każdym razie odmienna od australijskiego czy argentyńskiego merynosa, który to jest niehistoryczny, nieekologiczny, plastikowy, i generalnie "be" / piękny, szlachetny, delikatny, wysokiej jakości i generalnie "cacy" (wybrać właściwe w dowolnej kombinacji).

Otóż nie ma takiego typu wełny jak "wełna polska".
Oczywiście, jeśli ktoś czuje się patriotą gospodarczym, i pragnie prząść tylko wełnę z owiec hodowanych w naszym kraju, to chwała jemu i cześć. Natomiast to, że dana partia wełny pochodzi z Polski, nie jest żadną informacją materiałoznawczą!

W Polsce hodowane są owce należące do wszystkich podstawowych typów (co nieco o nich: Owca owcy nierówna).

I tak, do owiec o runie mieszanym należą:
1. Wrzosówka - stara rodzima rasa o kolorowym, szarym bądź czarnym runie
2. Świniarka  - rzadziej hodowana, w kolorze białym
3. Cakiel podhalański - biały, czasem kolorowy, dziś rzadko hodowany w czystej rasie
4. Polska owca górska - nieco "utowarowiona" krzyżówka cakla podhalańskiego-  z mleczną owcą fryzyjską i caklem siedmiogrodzkim
Ponadto na małą skalę hodowane są u nas rasy nie będące rodzimie polskimi - skudde, wrzosówka lineburska, Soay.

Hoduje się u nas również merynosy, owce o gęstej i delikatnej, dość krótkiej puchowej wełnie . Merynos polski jest to owca duża, o użyteczności mięsno-wełnistej - typowe zwierzę dla hodowli intensywnej. Wełnę ma nieco grubszą od merynosów hodowanych w klimacie ciepłym i suchym, ale wciąż niewątpliwie jest to merynos!

Wśród polskich ras są również owce długowełniste. Najbardziej znane z nich to: owca pomorska, olkuska, kamieniecka, uhruska, żelaźnieńska (dwie ostatnie zaliczane do grupy PON, czyli polskich owiec nizinnych), polska owca pogórza. Są to owce o wełnie długiej, jednolicie dość grubej, dobrej do przędzenia, za to trudno ulegającej filcowaniu.

Nie brakuje w Polsce także owiec krzyżówkowych - o wełnie pośredniej pomiędzy owcami długowełnistymi a merynosami. Bardziej znane z nich to:
1. Corriedale polski (dla odróżnienia od rasy macierzystej pisany też jako korideil)
2. Czarnogłówka (rasa mięsna, pochodząca z Niemiec, ale od dawna hodowana w Polsce)
3. BOM (białogłowa owca mięsna)
4. Owca fryzyjska (rasa mleczna, pochodzenia obcego, ale z tradycjami hodowli w Polsce)
5. Owca wielkopolska (zaliczana do PON)

Uwaga: powyższy podział jak najbardziej można kwestionować, bo granica między owcami długowełnistymi i krzyżówkowymi nie jest w granicie wykuta - niektóre rasy znajdują się na pograniczu tych dwóch typów.
Wyliczyłam tylko rasy najpopularniejsze, i mające pewne tradycje hodowli - brak tu np. młodych ras towarowych, oznaczanych tylko kodami.

A dlaczego wyliczyłam? Dlatego, że z punktu widzenia hobbisty czy rzemieślnika informacja "wełna z polskich owiec" nie jest żadną informacją. Wełnie z merynosa polskiego wciąż bliżej do merynosa argentyńskiego, niż do jakże polskiej wrzosówki!
Jako prządka, tkaczka czy filcowniczka jestem zainteresowana przede wszystkim tym, czy dana wełna pochodzi z owcy w typie merynosowym, krzyżówkowym, długowełnistym, czy może prymitywnym mieszanym.
Podobnie jako kucharka chcę wiedzieć, czy kupując wołowinę dostanę polędwicę, czy rosołowe z kością. A dopiero w drugim rzędzie mogę być zainteresowana, czy krowa chodziła po argentyńskiej pampie, czy po pastwisku pod Grójcem.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Farbowanie pokrzywą - podejście pierwsze

Naczytawszy się nieco o farbowaniu pokrzywą na kolor zielony, postanowiłam spróbować. Jako surowca barwierskiego użyłam świeżych (no, trochę przywiędłych) liści i wierzchołków pędów pokrzywy zwyczajnej (Urtica dioica). Wagowo było tego trochę ponad kilogram.

Materiałem poddanym barwieniu była wełna dywanowa 100% z owcy o runie mieszanym, fabrycznie barwiona na kolor jasnej kawy z mlekiem. Mogło to nieco zafałszować otrzymane kolory - ale na pierwsze podejście szkoda mi było wełny ręcznie przędzionej, a jeśli chodzi o przędze fabryczne, od bankructwa Aniluxu ciągnę na rezerwach...

Zebrane liście zalałam wrzątkiem, i zostawiłam na dwa dni - w tym czasie dwa razy podgrzewając do temperatury około 80 stopni. Odcedzony ciemnozielony napar, w ilości 4 l, wyglądał całkiem obiecująco. Dodałam do niego odrobinę siarczanu miedzi - około płaskiej łyżeczki.
Włożony do naparu motek wełny (50 g suchej masy) zaprawionej ałunem z kamieniem winnym, po podgrzaniu i pozostawieniu do wystygnięcia przez noc przybrał zieloną, nasyconą barwę... do chwili płukania.
Niestety w tym krytycznym momencie okazało się, że barwnik bardzo słabo związał się z wełną. Płukałam i płukałam... a wełna ciągle wypuszczała z siebie soczystą zieleń. Kiedy w końcu przestałyśmy (ona farbować, a ja płukać) kolor był bladozielony.
Od lewej: barwienie z zagotowaniem, bez zagotowania, wełna przed barwieniem

Tymczasem kolor kąpieli w garnku optycznie nawet się nie zmienił - wciąż była równie ciemnozielona, czyli nadal pozostało w niej dużo barwnika. Wobec tego wrzuciłam do gara kolejne 50 g tak samo zaprawionej wełny - i tym razem podgrzałam bez skrupułów, doprowadzając do wrzenia, i także zostawiając do ostygnięcia na noc.
Jak widać, wybarwienie jest sporo intensywniejsze. Zresztą wiedziałam to od pierwszej chwili płukania - ta partia miała znacznie lepiej związany barwnik. Jednak coś za coś - zamiast dość czystej zieleni otrzymałam kolor zgniłozielony. Wyraźnie chlorofil, barwnik nieodporny na ogrzewanie, uległ już częściowemu rozkładowi. 

Przypuszczam, że zwłaszcza motek z pierwszego podejścia bez zagotowania, ten bladozielony, mógłby mieć jeszcze czystsze wybarwienie, gdybym użyła białej wełny - do następnego podejścia dorzucę przynajmniej próbki przędzy niebarwionej. 

Teraz pora wywiesić motki na zjadliwe letnie słońce, i sprawdzić, jaka będzie odporność chlorofilu na światło.

Notatki do następnego podejścia:
1. "Coś" z tego wyszło, czyli następne podejście będzie.
2. Użyć wełny białej, przynajmniej próbek.
3. Na jednym z motków użyć zaprawy miedziowej
4. Poszukać optymalnej temperatury - 80 stopni to zdecydowanie za mało dla utrwalenia barwnika, 100 skutkuje już znacznym rozkładem - a gdzie leży optimum?

środa, 31 lipca 2013

Czesanie i zgrzeblenie - a przędzenie worsted i woolen

czyli o dwóch sposobach przygotowania wełny, i przędzenia tejże


Współczesna prządka styka się z reguły z wełną pod dwiema postaciami: albo surowego runa prosto z owcy, albo gotowej przemysłowej czesanki w długich pasmach. A co dzieje się "pomiędzy"? I jak to niegdyś wyglądało?

1. Najprostszą metodą jest to, co anglojęzyczni nazywają "spinning from the lock". Z polskich prób nazwania tej metody najbardziej przemawia do mnie "przędzenie w runie". Po prostu bierzemy płat owczego runa, i nie czesząc, nie rozbijając naturalnego układu włosów, zabieramy się do przędzenia. Przedtem można najwyżej nieco rozluźnić go w palcach i wybrać roślinne zanieczyszczenia. Jedyna selekcja i porządkowanie włosa, jakie przy niej ma miejsce, to sortowanie przy wybieraniu płatów runa. Prawie zawsze używa się tu wełny surowej, niepranej - w naturalnym tłuszczu.
Jak się rzekło, jest to metoda najprostsza i najprymitywniejsza - co nie znaczy, by produkt musiał być niskiej jakości. Włosy w runie są naturalnie równoległe, jak w dobrze przygotowanej czesance. Pominięcie obróbki wstępnej sprawia, że nie mają okazji ulec zerwaniu i przetarciu, a więc przędza może być gładsza i mocniejsza, dobrze nadająca się na osnowę tkacką.
Z drugiej strony, wymaga naprawdę dobrego surowca. Wełna brudna, zlepiona błotem i kałem, bądź częściowo sfilcowana, nie nadaje się do przędzenia bez obróbki. Obecność luźnych ziaren piasku także bardzo utrudnia przędzenie i pogarsza jakość otrzymanej przędzy. Usunięcie rozdrobnionych zanieczyszczeń roślinnych także nie jest możliwe bez rozbijania struktury runa. Stąd zdarzało się, że po strzyży owiec dokonywano selekcji runa, i najlepsze fragmenty przeznaczano do przędzenia bez obróbki, a resztę oddawano do prania i gręplowania (informacja od starszych prządek, okres przed i tuż po II wojnie).
W średniowiecznej ikonografii trudno znaleźć potwierdzenie stosowania tej metody - widzi się tam na ogół wełnę czesaną lub zgrzebloną. Ale trzeba pamiętać, że jest to metoda przerobu "niewyspecjalizowanego" - a więc głównie wiejskich kobiet, przerabiających małe ilości wełny, niekoniecznie wyrównanej i jednolitej, zwykle z owiec prymitywnych, a więc o mocnym zróżnicowaniu charakteru włosa w różnych partiach runa.

2. Kolejna metoda to czesanie (ang. combing) - technika polegająca na przeciąganiu pasemek wełny przez zęby grzebienia. W ten sposób włosy runa zostają ułożone równolegle, pozbawione tych najkrótszych, oraz zanieczyszczeń roślinnych. Można to robić, trzymając pęczek runa z jednego końca, i przeciągając przez grzebień, ale metodą skuteczniejszą, wydajniejszą, chroniącą rozczesaną wełnę przed ponownym sprasowaniem w dłoni (a dłoń przed stalowymi zębami) jest wykorzystanie dwóch grzebieni, prostopadłych do siebie. W jednym, nieruchowym, osadzone jest runo do przeczesania - drugim stopniowo przeciągamy je przez zęby. Wreszcie wełna znajdzie się na grzebieniu ruchomym, na pierwszym pozostaną tylko włosy bardzo krótkie, splątane nie do odzyskania, oraz zanieczyszczenia roślinne. Większość tych ostatnich zresztą podczas czesania po prostu się osypie.
                                      Cunrad kemmer - czyli "Konrad czesacz", zm. 1414                                                       http://www.nuernberger-hausbuecher.de/75-Amb-2-317-28-v




3. Narzędziem szybszym i wydajniejszym od grzebienia jest zgrzebło, zwane też z niemiecka gręplą - w najprostszej wersji deseczka gęsto nabita drobnymi zębami. O ile grzebień pracuje tylko jedną bądź dwiema liniami zębów, to grępla - całą powierzchnią.
Ta większa wydajność ma jednak swoją cenę. Grępla nie oddziela krótkich włosów i zanieczyszczeń roślinnych, pozostają one w wełnie.  Może wręcz służyć jako narzędzie "fałszerskie" - pozwala skutecznie mieszać różne gatunki wełny, na przykład wełnę dłuższą z bardzo krótką, zbyt krótką, by z niej samodzielnie stworzyć przędzę. Taką mieszaninę prząść można - dłuższe włosy posłużą w niej jako element nośny, a skręcone z nimi krótsze "dodadzą objętości" przędzy. Nić taka jednak będzie podatna na zrywanie, a wykonana z niej tkanina będzie gubić włosy, kłaczyć się i łatwo przecierać za sprawą wychodzących z niej zbyt krótkich włókien.
Dlatego w sukiennictwie przyjętą praktyką było wykorzystywanie wełny zgrzeblonej do przędzy wątkowej, podczas gdy przędzę osnowową wykonywano z wełny czesanej. Wątek nie był poddawany obciążeniu podczas tkania, a w trakcie folowania tkaniny krótkie włosy zostawały w niej uwięzione na trwałe za sprawą filcowania. Wychodzące końce, po postrzyganiu, tworzyły tak pożądany kutner.
                                                    Bernhardt peuschel  (zm 1561)                                                                     http://www.nuernberger-hausbuecher.de/75-Amb-2-317b-13-r
Oprócz kompletu grępli (ruchomej w ręku rzemieślnika i nieruchomej na stole) można zobaczyć pod stołem czółenka tkackie, i zgrzebło draperskie do wykańczania sukna, wykonane z główek szczeci sukienniczej  (Dispacus sativus a. Dispacus fullonum ).

Czy wełna zgrzeblona dziś występuje? Jak najbardziej, choć oferta sklepów dla filcowników i prządek sugerowałby coś innego - nieodmiennie oferują one "czesankę". W rzeczywistości jednak przemysł jak najbardziej przerabia wełnę systemem zgrzebnym - tylko do tych sklepów jakoś ona nie trafia... A jeśli nawet trafia, to nieodmiennie jest nazywana także "czesanką" - jako uniwersalny termin na określenie tego, co przestało już być runem, a nie stało się jeszcze przędzą czy filcem.

Źródło zdjęć: www.poltops.pl
Na górnym zdjęciu widać czesankę, na dolnym - wełnę zgrzebloną. Można zauważyć w niej w niej włosy krótsze, skręcone, nierównoległe do pasma taśmy, oraz pojedyncze włosy kempowe (wyraźnie grubsze i niewybarwione, odbijające od barwionej  rudej taśmy).

Warto dodać, że wełna zgrzeblona zdecydowanie łatwiej się filcuje - krzyżujące się i biegnące pod różnymi kątami włosy łatwiej się wiążą, krótsze włosy w filcu nie są problemem, wręcz dobrze wypełniają przestrzenie między dłuższymi. Biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że historycznie wartościowa czesanka była rezerwowana na przędzę osnowową, słusznym byłoby wybieranie do filcowania wełny zgrzeblonej, a nie czesankowej.

Czesanka i wełna zgrzeblona były nie tylko rozmaicie przygotowywane, ale i przędzione. Dziś jest to o tyle, trudniejsze, że jeśli korzystamy z wełny przemysłowej i tylko ręcznie ją przędziemy, to i jedną, i drugą otrzymujemy w podobnej, długiej i szerokiej taśmie, która do przędzenia dzieli się na cieńsze, i jeszcze cieniej rozciąga. Historycznie wyglądało to inaczej. Z czesanki tworzono taśmę, ale na bieżąco, wysnuwając ją z "pęczka", i chwytając przy tym za końce włosów. Kierunek snucia nici był równoległy do włosa (i taki też pozostał). Takie przędzenie, z użyciem wełny czesankowej i wysnuwaniem przędzy równolegle do włosa, znane jest jako worsted spinning.

Ręczne zgrzeblenie daje wełnę nie w taśmie, lecz w płatach. Prostą metodą zdjęcia takiego płata ze zgrzebła jest zrolowanie go z tegoż powierzchni. W rezultacie otrzymujemy rulon, z angielska zwany rolag, który następnie rozciąga się w nić snując prostopadle do włosa. W języku angielskim taki sposób przędzenia to woolen spinning.
Krzyżujące się włosy, których prządka nie ściska podczas przędzenia, zachowują pomiędzy sobą więcej powietrza, a to ono decyduje o właściwościach izolacyjnych tkaniny. "Puchata" przędza nie tylko jest cieplejsza, ale łatwiej tworzy zwartą tkaninę (a powietrze izoluje... ale nie jako "dziury" pomiędzy nitkami tkaniny luźnej jak sito), zwłaszcza jeśli po utkaniu poddamy ją procesowi folowania.

Oto schemat....


 ... i zdjęcie.
Na górze - pasmo czesanki przędzione sposobem worsted, na dole rulonik wełny zgrzeblonej przędziony sposobem woolen

Ze względu na nadawanie tkaninie lepszych właściwości izolacyjnych przędza zgrzebna typu woolen była preferowana jako surowiec na wątek tkacki do sukna - wątek, ponieważ tam jej mniejsza wytrzymałość mechaniczna nie była problemem. Często znajdowała też zastosowanie w wyrobach igłowych i dziewiarskich. Przędza czesankowa typu worsted służyła na osnowę, całość lekkich tkanin niefolowanych, oraz do wyrobu pasmanterii (krajek itp), oczywiście też jako nić do szycia bądź haftowania.

Piszę "przędza czesankowa typu worsted", "przędza zgrzebna typu woolen". Czy te typy się ze sobą pokrywały?

Wełna zgrzebna to carded wool, przędza czesankowa - combed wool. Jednak język polski nie ma rodzimych nazw na określenie dwóch wspomnianych sposobów przędzenia - a ponieważ wełnę czesankową przędziono zwykle systemem  worsted, a zgrzebną - woolen, więc zostały one ze sobą utożsamione, do tego stopnia, że "worsted wool" bywa zwykle tłumaczone jako "wełna czesankowa".
Trzeba jednak pamiętać, że oryginalnie polskie terminy "zgrzebny" i czesankowy" odnoszą się do etapu obróbki wstępnej wełny, zaś angielskie "woolen" i "worsted" do samego przędzenia.  Można prząść czesankę chwytając w środku pasma, tak, by ją nieco "poplątać" i uzyskać produkt w typie woolen, można prząść wełnę zgrzebloną prostopadle do kierunku włosa, i uzyskać przędzę zbliżoną do worsted.
A czasem coś tak bardzo pośrodku, że niesposób określić, co to właściwie za typ.

I wcale nie będzie to dyskwalifikować takiej przędzy - ani użytkowo, ani historycznie. Bo i historycznie spora część przędz lokowała się gdzieś pomiędzy tymi dwoma typami, albo i poza nimi - choćby przędza z runa rozskubywanego ręcznie. Warto jednak mieć świadomość tej różnicy - czasem po to, by nie dziwić się, że piękna wełna zgrzebna nijak nie chce współpracować jako nić do szycia, bo zahacza się  w tkaninie, i co chwilę zrywa. Czasem po to, aby się nie frustrować, że zamiast ciepłej igłowej czapki z wysokogatunkowej przędzy "worsted wool 100%" wyszła przewiewna siatka na motyle. A czasem dla czystej satysfakcji. 


niedziela, 30 czerwca 2013

"Kolor naturalny", czyli...?



Wielokrotnie w różnych wytycznych dla grup rekonstrukcyjnych, zaleceniach dla początkujących, i wszelkiego rodzaju poradach można znaleźć frazę "stroje w kolorach naturalnych". Frazę generalnie słuszną, ale...

Całkiem niedawno przyszło mi korespondować z młodym człowiekiem, właśnie się "obszywającym". Potraktował on tę frazę dosłownie, i był już na progu kupienia kilku metrów (całkiem ładnej zresztą) wełny w kolorze kremowobiałym, znanym jako naturalny kolor wełny owczej. A nie odtwarza on bynajmniej brata Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego, potocznie zwanego Krzyżakiem - nie, chłopak celuje w zdecydowanego plebejusza (i chwała mu). Biała tunika byłaby dla niego średnio sensowną i funkcjonalną - a przede wszystkim, mocno dziwną.

W czym problem? W tym, jak sądzę, że "kolory naturalne" mogą oznaczać kilka zupełnie nie tożsamych pojęć.

1. "Kolory naturalne" rozumiane tak, jak to definiuje dzisiejszy przemysł i handel - czyli wełna biała, w praktyce jasnokremowa, nie wybielana chemicznie. Jeśli len - to niebielony, bądź bielony tradycyjnie, ekspozycją na światło i zwilżaniem.

2. Kolory  "naturalnie występujące na owcy" (lnu ten punkt raczej nie dotyczy)- ta definicja jest najbliższa mi samej. Oprócz kremowej bieli mamy tu całe spektrum brązów i szarości, aż do (niemal) czerni. Która to była niewątpliwie po prostu "czernią" dla ludzi epoki przednowoczesnej.

3. Kolory "możliwe do uzyskania naturalnie" - tu zaczynają się schody. Zgadzamy się, że barwniki anilinowe nie są naturalne, a wywar z liści brzozy jest naturalny. Ale czy naturalny jest np. ekstrakt indygo, dający (przy odpowiednich funduszach) niemal nieograniczoną koncentrację barwnika, a tym samym i głębię koloru? Czy "naturalny" jest barwnik z rośliny występującej o setki kilometrów od miejsca, którego kulturę odtwarzamy? Zahaczę tu tylko o jeden wątek - jakoby małą popularność czerni, szarości, i brązu (zaznaczam - nie mówię w ogóle o czerni anilinowej, jej nieistnienie w średniowieczu nie podlega dyskusji!). Można trafić na stwierdzenia, że te barwniki trudno uzyskać (moja praktyka mówi coś zupełnie innego - jeśli "nie wyjdzie" barwienie na dowolny kolor, to zapewne wyjdzie brąz :D ). Rzeczywiście, historycznych przepisów na brązowy barwnik niewiele. Łupiny orzecha, garbniki z kory na żelazie - i tyle. A z drugiej strony obserwacje jak u Małgorzaty Grupy w Wełnianych tekstyliach, gdzie tkaniny w kolorze brązu dominują nad innymi o rząd wielkości (oczywiście, trzeba wziąć tu poprawkę na przebarwienia w procesach rozkładu i zabarwienie od podłoża).

Chciałabym jednak wrócić do punktu drugiego. Pierwszy - jest oczywisty, nad trzecim - można dyskutować, każdorazowo biorąc pod uwagę indywidualną sytuację - epokę, szlaki handlowe, pozycję społeczną danej persony, itd. Punkt drugi - mam wrażenie - wciąż nie doczekał się w ruchu rekonstrukcyjnym należnej mu uwagi.

Dlaczego? Zapewne dlatego, że nawet jeśli mamy świadomość istnienia owiec "kolorowych", to zwykliśmy je traktować jako pewnego rodzaju ciekawostkę, coś występującego w nieznaczącej skali. Ot - czarna owca...
Właśnie - język przechował ślad tego, czym przez wieki była dla hodowcy owca o kolorowym umaszczeniu. "Czarna owca" to nie coś rzadkiego i wyjątkowego, jak "biały kruk". To coś niepożądanego, nie spełniającego wymagań - coś, czego należy się pozbyć. Niekoniecznie dochodowe źródło ekskluzywnej czarnej wełny na dwór Jagiełły!

Naturalną barwą owiec jest brąz - nie wyrównany i jednolity na całej powierzchni ciała, lecz miejscami ciemniejszy, miejscami jaśniejszy, z czarnymi i białymi akcentami na ciele. Taki, jak u muflona.
Źródło: Wikimedia Commons

W warunkach naturalnych selekcja eliminuje zwierzęta o nietypowej barwie sierści (łatwiej padają ofiarą drapieżników, bywają mniej atrakcyjne dla samic). Po udomowieniu rola selekcji naturalnej się zmniejsza - człowiek może wręcz preferować zwierzę nietypowe, choćby ze względów estetycznych.
Dlatego wśród owiec domowych pojawiły się zwierzęta o różnych barwach -  w intensywniejszych i bledszych odcieniach brązu, białe, szare, czarne, o umaszczeniu jednolitym (bez białego i czarnego rysunku widocznego na zdjęciu powyżej), to znów zupełnie łaciate... Zainteresowanym "kolorystycznymi możliwościami" owiec polecam artykuł Color Genetics in Icelandic Sheep - jeśli nie lekturę, to chociaż fotografie. A cała tam pokazana rozmaitość dotyczy tylko jednej rasy!

Oczywiście, pojawia się pytanie, jakie owce dominowały w jakim miejscu i okresie. Kontrargumentem dla twierdzenie o powszechności owiec barwnych w średniowieczu może być ikonografia - dominują w niej zwierzęta białe!
Trzeba jednak pamiętać, że:
1. Na podstawie ilustracji z dojrzałego średniowiecza nie można z pewnością wnioskować o sytuacji z okresu o parę stuleci wcześniejszego.
2. Północ i wschód Europy pozostawały zdecydowanie w tyle, jeśli chodzi o rozwój ras owiec (patrz mój poprzedni wpis). Na podstawie ilustracji z Anglii nie należy wnioskować o wyglądzie owiec w Polsce.
3. Po trzecie i najważniejsze - ikonografia zazwyczaj ukazuje pasterzy ze stadami. Tymczasem hodowla owiec od pewnego momentu  przebiegała zdecydowanie dwutorowo: z jednej strony istniały duże stada  złożone z owiec możliwie kulturalnych ras, dających wełnę wysokiej jakości przeznaczaną na sprzedaż - takie stada pozostawały pod opieką wyspecjalizowanych pasterzy. Z drugiej strony istniały stadka po kilka owiec, często trzymane razem z bydłem czy końmi, przy minimalnym nakładzie środków i pracy, złożone z niewymagających owiec prymitywnych, dających wełnę mieszaną na własne potrzeby hodowcy.
Piszę "od pewnego momentu", ponieważ moment ten różnie można datować na różnych obszarach. W części Europy Zachodniej pozostającej pod wpływem rzymskim działo się to w antyku, na zachodnich ziemiach obecnej Polski - około XII wieku, dalej na wschód i północ proces ten rozciągał się aż po nowożytność.
Ikonografia na ogół ukazuje profesjonalistów w sytuacjach typowych. "Cieśla" to w niej rzemieślnik zajmujący się tym zawodowo, nie chłop, który akurat struga stołek. Podobnie, wizerunki ludzi z owcami  najczęściej ukazują pasterzy - czyli profesjonalistów opiekujących się stadami owiec "szlachetnych" (przynajmniej na ówczesne kryteria). Widząc na nich stada jednobarwnie białych owiec można wnioskować, że takie zwierzęta istniały i dominowały w hodowli towarowej. Nie można wnioskować, że kolorowe nie istniały poza nią.

Dlaczego białe owce wygrały? Białą wełnę można zafarbować na dowolny kolor. Brązowy czy szary też. W drugą stronę nie jest to możliwe. Na tym nie koniec - dziś my, znudzeni syntetyczną pstrokacizną, możemy się zachwycać pięknem naturalnej barwy kolorowego runa - ale jeszcze niedawno nie było ono szczególnie cenione (w hodowli towarowej wciąż nie jest!). Selekcjonowano więc na biel, przeciwko barwie. A nie jest to wcale proces łatwy - nawet współczesne białe owce mają tendencję do powracania do kolorowego umaszczenia. Tak powstał w XX wieku polski merynos barwny - jest to jednak rasa utrzymywana jako ciekawostka, w towarowej hodowli "czarne owce" są usuwane. Tam, gdzie sztucznej presji selekcyjnej nie ma - kolor sam się wciska!
Dzikie owce z wyspy Arapawa - potomkowie białych merynosów, źródło: http://www.rarebreeds.co.nz
Przykładem mogą być zdziczałe owce z wysp na południe od Nowej Zelandii - w kilku miejscach, niezależnie od siebie, i praktycznie bez presji drapieżników, a tylko przy braku ludzkiej selekcji, w ciągu stu kilkudziesięciu lat z białych owiec ras kulturalnych rozwinęły się zwierzęta o runie wciąż typu szlachetnego, ale kolorowym! Nie jest to pełny powrót do dzikiego umaszczenia - u owiec tych brak znaczeń, nie są też genetycznie brązowe, tylko czarne (tak jest - te dwa barany na zdjęciu powyżej są czarne - a raczej byłyby, gdyby nie naturalne blaknięcie!)
Tymczasem wśród ras kolorowych białe jagnięta praktycznie się nie zdarzają - a jeśli, to zwykle można się doszukać ich przyczyny - białych owiec w rodowodzie.

Kolorowe owce istniały, i to na dużo większą skalę, niż dziś może nam się wydawać. Dla co bardziej prymitywnych społeczności i niższych grup społecznych ("szaraczkowa szlachta" chociażby) standardem mogła być wełna kolorowa naturalnie.  Jak pisze w Gerald z Walii w Topographia Hibernica:

For they wear but little woollen, and nearly all they use is black, that being the colour of the sheep in all this country. Their clothes are also made after a barbarous fashion.

(Bowiem noszą tylko trochę wełny, a niemal cała, jakiej używają, jest czarna, taki bowiem jest kolor owiec w całym tym kraju. Nadto ich ubrania sporządzone są na barbarzyńską modłę.)

Tu uwaga: oczywiście nie mogła to być czerń smolista! Z drugiej strony, jasnorudy kolor dwóch baranów z Arapawa też jest mylący - na owcy widać tylko końcówki włosów, spłowiałe i odbarwione. W przędzy i tkaninie powstanie "ruda czerń". Mniej- więcej taka:
Dlatego bawią mnie nieco stwierdzenia w rodzaju:  

Jutro (podobno) mam dostać artykuł poświęcony farbowaniu co prawda pisanek... ale opisane sa sposoby pozyskiwania kolorów. I w tym momencie będe mogła obalić mit współczesnego RR dotycznie CZARNEGO koloru w rekonstrukcji ubiorów :8P:
 Spójrzcie na wieśniaków pracujących w polu - kobiety mają czarne gremlinki, są nawet dwie ciemne (prawdopodobnie czarne) suknie, rękawek, nogawice... No i motyw nieodłączny romansu :D Ale do rzeczy - skoro ubodzy ludzie MIELI czarne elementy stroju (a nawet całe stroje), to JAKOŚ musieli ów kolor uzyskiwać. przychylam się więc teorii o używaniu jęczmienia i bazi. Co prawda ilościowo musiało być tego sporo, ale... eksperymenty będą niedługo
 http://www.nkgk.pl/forum/viewtopic.php?p=2695

Chodziło tu o udowadnianie niewiernym Tomaszom, że czarny był i jest możliwy. 
Dla jasności:  nie jest dla mnie zabawnym to, że ktoś naturalnie farbuje - jak najbardziej chwała mu za to. Natomiast widzę tu wyważanie drzwi otwartych na oścież - albo raczej, wyważanie wejścia oknem, podczas gdy obok zieją szeroko otwarte drzwi. Farbowanie na czarno (czy dla współczesnego oka brązowo, szaro) nie musiało być popularne. Czerń (brąz, szarość) - tak.

Oczywiście, niekoniecznie ma to bezpośrednie przełożenie na praktykę "ruchu rycerskiego". Za mały to rynek, by nagle przemysłowi zaczęła się opłacać produkcja tkanin z wełen naturalnie kolorowych. Warto jednak przynajmniej być świadomym o wiele ważniejszej pozycji owiec kolorowych w przeszłości. Naturalnie kolorowej tkaniny na tunikę raczej w sklepie nie kupimy, sami nie utkamy bez poświęcania na to sporo dłuższego czasu, niż większość z nas może. Ale jeśli przędziemy, filcujemy - polujmy jak na skarb na to, co kiedyś było powszechne i przez to mało cenione!


*Tytułem dodatku:
Kilka tekstów mówiących o kolorowych owcach przytacza A.T.Fear w tekście The Golden Sheep of Roman Andalusia- poniżej fragment, w moim tłumaczeniu (s. 152)
Columella mówi o pulli et fusci, czyli "ciemnych" owcach z Kordoby, których wełna osiągała dobrą cenę. Marcjalis przydaje unikatowe określenie Beaticatus [Beatica - nazwa Andaluzjii w czasach rzymskich] przewrotnemu hipokrycie Maternusowi, dokładnie dlatego, że wolał on ciemne ubranie, i wychwalał naturalne kolory, w opozycji do barwionych. Z Noniusza Marcellusa dowiadujemy się, że 'nativus' było nazwą nadawaną ciemnej hiszpańskiej wełnie, i to zapewne do niej odwołuje się Marcjalis w swoim epigramacie. Wspomniana wyżej andaluzyjska wełna Strabona jest opisywana jako "kruczoczarna". Pliniusz może także nawiązuje do tej wełny w ósmej księdze swej Historii Naturalnej, gdzie mówi o czarnych hiszpańskich wełnach.

Pliniusz, jak się zadaje, wymienia także drugi, rudy (czerwony) typ ciemnej wełny. Byłby to kolor genetycznie brązowy (...). Dwie nazwy, jakie jej nadaje, rutilus i Erythaeus, z pewnością sugerują ten kolor.
Fear A. T. The Agricultural History Review, Vol. 40, No. 2 (1992)
Tekst artykułu dostępny w archiwum publikacji British Agricultural History Society, www.bahs.org.uk

piątek, 21 czerwca 2013

Owca owcy nierówna...

... i wełna też


Dwie uwagi na wstępie:
1.  Tekst ten powstał na potrzeby osób zajmujących się historycznymi tekstyliami, nie studentów specjalizacji owczarskiej wydziału rolnictwa. Stąd nie pretenduje do miana systematyki i historii typów owiec - podział w nim jest uproszczony i czysto użytkowy.
2.W tekście używać będę terminu: "owca prymitywna". Prymitywnymi nazywa się rasy niewyspecjalizowane w żadnym kierunku, o zwykle niskiej produktywności, za to małych wymaganiach środowiskowych. W stosunku do owiec często używa się tego terminu wobec ras o wełnie mieszanej, co nie do końca jest prawidłowe - wiele z tych ras to zwierzęta skądinąd wyspecjalizowana i wysoce produktywne w swojej specjalizacji. Ale jako że w tym tekście zajmuję się tylko wełnistym użytkowaniem owiec, przyjmuję w nim to utożsamienie.

 Jak rozwinęło się owcze runo?


I. Punkt wyjścia – dzika owca (rys. 1)

Kiedy słyszymy „owca”, od razu dopowiadamy sobie „wełna”. I zwykle mamy rację. Ale nie zawsze…

Ogromna większość ssaków pokryta jest sierścią, taką też okrywę mają dzikie owce. Zwłaszcza w okrywie zimowej ssaków żyjących w klimacie umiarkowanym i chłodnym łatwo można wyróżnić dwie warstwy:

Pierwsza to włos okrywowy, zewnętrzny – są to włosy dużo grubsze,  nieco dłuższe i znacznie sztywniejsze, źle poddające się przędzeniu (są sztywne, i nie zachowują nadanego im skrętu), gorzej też się barwiące. Wewnątrz włosa przebiega pusty rdzeń. Taki krótki, sztywny i nieprzędny, za to mocno "gryzący"  włos występuje w okrywie dzikich owiec. U udomowionych zanika, pozostając na nieowełnionych częściach ciała – głównie na pysku i dolnych partiach nóg. Jego występowanie w innych miejscach u większości ras uważane jest za poważną wadę, eliminującą z hodowli. Określany jest jako kemp.

Druga warstwa to włos puchowy, wewnętrzny – włosy cieńsze, krótsze i miększe, pozbawione rdzenia.
Rozwój runa owczego - schemat



1. Muflon - owca wtórnie zdziczała, o okrywie szerstnej (Wikimedia Commons)




II. Przekształcenie sierści w runo  (rys. 2)
Tak, jak krowy selekcjonowano pod względem mleczności, konie – zdolności do dźwigania i ciągnięcia obciążeń, tak owce – przede wszystkim pod względem przędności ich runa, czyli możliwości formowania przez skręcanie w trwałą, długą nić. Kemp jako surowiec nie miał tu większej wartości – krótki i sztywny, źle poddawał się skrętowi, tym gorzej, im był krótszy i sztywniejszy. Rzecz jasna, zaowocowało to docenianiem takich zwierząt, o których był on możliwie cienki i zarazem długi. Tak doszło do stopniowego przekształcenia kempu – krótkiej pierwotnej sierści dzikich owiec – w wydłużony, przędny włos okrywowy owiec prymitywnych. Z okrywy szerstnej, podobnej do występującej u większości ssaków, powstało runo.  
Równocześnie z wydłużaniem się włosa okrywowego, wydłużał się i puch (przy czym, co nieuniknione, stawał się nieco grubszy – owce dzikie i rasy najbardziej prymitywne mają puch cieńszy, niż wełna merynosowa – tyle, że dużo krótszy, i przetykany włosem okrywowym).  Pojawił się włos przejściowy, pod względem właściwości lokujący się pomiędzy okrywowym, a puchem.

 
2a. Soay - prymitywna owca o runie mieszanym

III. Przekształcenie runa mieszanego w jednolite  
Puch, miękki i dobrze przyjmujący skręt, a przy tym nie "gryzący", ceniony jako surowiec do wyrobu wysokogatunkowych tkanin, był zwykle bardziej pożądaną frakcją runa owcy. Dlatego zwykle to zwierzęta o wyraźnie zaznaczonym, obfitym i grubym włosie okrywowym lądowały w garnku. Te o runie z większą zawartością bardziej cenionego puchu pozostawały w hodowli i miały szansę przekazać swoje geny potomstwu. W rezultacie przez pokolenia włos okrywowy zanikał, lub przekształcał się we włos przejściowy – delikatniejszy od okrywowego, choć grubszy, niż prawdziwy puch. Ostatecznie powstało jednolite, karbikowate, zwarte runo owiec cienkowełnistych (rys. 3). Rozróżnić tu można rasy merynosowe, u których włos okrywowy zanikł, i rasy krótkowełniste, głównie angielskie, u których przekształcił się on w cienki włos w typie puchu. 
3a. Merynos - owca cienkowełnista, za: http://www.ansi.okstate.edu/breeds/sheep/
 
3b. Ryeland - owca krótkowełnista, za: http://www.ansi.okstate.edu/breeds/sheep/
Istniał jednak też drugi kierunek selekcji – taki, gdzie priorytetem było uzyskanie włosa jak najdłuższego i mocnego, niekoniecznie delikatnego i przyjemnego w noszeniu na ciele. Krótki, szczeciniasty, nieprzędny kemp był tu równie niepożądany, jak w puchu – ale już powstały z niego długi i dość gruby przędny włos był pożądany jak najbardziej. Przy tym drugim kierunku selekcji to puch zaczął zanikać, upodobniając się do włosa okrywowego – ale już tego przekształconego, wydłużonego i przędnego, z zauważalną karbikowatością w postaci łagodnych fal. Ostatecznym etapem tego procesu jest jednolite runo owiec długowełnistych. (rys. 5)
5. Leicester - owca długowełnista, za: http://www.ansi.okstate.edu/breeds/sheep/

Pomiędzy owcami cienkowełnistymi a długowełnistymi lokuje się grupa przejściowa - owce o wełnie względnie wyrównanej, ani szczególnie cienkiej, ani grubej, pośredniej również pod względem grubości. Spośród obecnie hodowanych takich ras większość powstała niejako wtórnie, poprzez krzyżowanie owiec cienko- i długowełnistych, niekiedy na bazie lokalnych ras prymitywnych.  Dlatego nazywa się je owcami krzyżówkowymi. (rys. 4).

Tyle teorii. Oczywiście ta ewolucja nie na wszystkich terenach przebiegała równocześnie. Często też, pomimo istnienia dostępnych ras cienkorunnych, preferowano w hodowli owce o wełnie mieszanej. 
Dlaczego?
Owce, choć mogą znieść nawet spory mróz przy suchym powietrzu, to są zwierzętami wrażliwymi na wilgoć. Szczególnie dotyczy to zwierząt o runie jednolitym. O ile wełna mieszana tworzy tak zwaną okrywę otwartą - ostro zakończone kosmyki włosów różnej długości, z najdłuższymi włosami rdzeniowymi odprowadzającymi wodę, to wełna jednolita daje runo zamknięte - równej długości włosy kończą się jednocześnie, tworząc zwartą powierzchnię, chłonącą wodę jak gąbka, i bardzo źle wysychającą po zamoknięciu. 
Dlatego owce o runie jednolitym, a zwłaszcza cienkorunne, wymagają albo zdecydowanie suchego klimatu (nie darmo potęgą w hodowli merynosów była Hiszpania, by potem ustąpić Australii), albo spędzania do owczarni, gdy tylko zaczyna się deszcz - a więc ścisłego dozoru, pastwisk nieodległych od gospodarstwa - generalnie hodowli intensywnej. Tam, gdzie przy dość wilgotnym i chłodnym klimacie owce przez całe lato pozostawały na pastwiskach pod gołym niebem, zdecydowaną przewagę zachowały rasy o wełnie mieszanej. 

W rezultacie na tych samych terytoriach można było do niedawna napotkać szlachetne owce cienkorunne, dostarczające wełny "luksusowej", i prymitywne owce o wełnie mieszanej utrzymywane małym kosztem przez uboższą ludność na własne potrzeby. W niektórych okolicach (sprzyjających owcom cienkorunnym) owce prymitywne zaginęły wcześniej, w innych - zdecydowanie im niesprzyjającym - po dziś dzień hodowane są owce o wełnie mieszanej (Skandynawia, regiony górskie).

Wełna z hodowli towarowych, z jaką dziś obcujemy w postaci tkanin, przędz czy czesanki pochodzi prawie zawsze z owiec o runie jednolitym. Nie oznacza to identycznej grubości wszystkich włosów - ale dość niedużej rozwartości "widełki". Jest też to wełna złożona z włosów jednolitego typu - najczęściej puchowych. 

W wełnie owiec prymitywnych  puch często bywał znacznie delikatniejszy, niż współczesna wełna merynosowa - lecz towarzyszyły mu "gryzące" włosy rdzeniowe. "Widełki" grubości włosa były nieporównywalnie szersze, w runie występowały wszystkie typy włosów. Jednak znacznie większa długość włosa rdzeniowego, niż puchu, umożliwiała dość skuteczną separację tych dwóch frakcji podczas czesania. Ponadto wełna z różnych części ciała owcy różni się grubością - i cecha ta u owiec prymitywnych także była zaznaczona o wiele wyraźniej, niż u ras kulturalnych. Zostawia to dużo większe pole manewru podczas przygotowania do przędzenia. Dziś ceniona jest wełna maksymalnie wyrównana, którą można hurtowo wrzucić do bębna gręplarki.

Co z tego wynika dla rekonstruktora? Powiem coś, co zabrzmi jak herezja: wełna "ręcznie przędziona" niekoniecznie musi być bardziej "ultra" od maszynowej.
Dlaczego?
Większość prządek korzysta z gotowej, przemysłowej czesanki. A ta najczęściej pochodzi albo z merynosów, albo ze współczesnych owiec krzyżówkowych. Zdarza się i czesanka przygotowywana specjalnie pod kątem przędzenia ręcznego - ale raczej hobbystycznego, niż rekonstrukcyjnego. Jako taka, idealna do przędzenia na kołowrotku, prezentowana jest (zwłaszcza w zachodniej Europie) wełna z owiec długowełnistych.
Rzeczywiście, przędzie się przyjemnie, wydajnie, a przy tym daje miłe samopoczucie, że nie pracuje się z "niehistorycznym" merynosem. Tyle, że to samopoczucie niewiele ma wspólnego z prawdą...
Współczesne rasy owiec długowełnistych, jak Lincoln czy Leicester, zostały ukształtowane przez dwie rewolucje: 

1. Agrarną (w Anglii od XVI wieku, na kontynencie później) - przejście od gospodarki ekstensywnej do intensywnej, a w chowie owiec - odejście od wypasu na obszernych, naturalnych pastwiskach, na rzecz pastwisk kwaterowych - małych, sztucznie obsiewanych i nawożonych, obficie suplementowych paszami treściwymi i okopowymi. Średniowieczne owce tak nie jadły, tak nie rosły (żywa waga owcy ponad 100 kg), i nie dawały takiej wełny - bardzo długiej, wyrównanie grubej, w ilości około10 kg  rocznie / sztukę. Ani ich warunki fizyczne, ani środowiskowe na to nie pozwalały.
                  Lincoln - waga tryka to 250 do 350 funtów, maciorki - 200 do 250 funtów,                      www.ansi.okstate.edu/breeds/sheep/
2. Przemysłową - ta dopiero stworzyła wysokie zapotrzebowanie na tego typu wełnę.
Jak długo ogromna większość populacji zajmowała się rolnictwem, i na własne potrzeby przetwarzała głównie wełnę mieszaną, tak długo przedmiotem obrotu komercyjnego była przede wszystkim  wełna puchowa, o walorze mniej lub bardziej luksusowym. Jednolicie gruba wełna owiec długowełnistych nie znajdowała w tym układzie obszerniejszej niszy. (Nie są to mało wymagające owce "dla chłopa", a jednocześnie tkanina z ich wełny nie może konkurować jakościowo z wykonaną z wełen puchowych)

Dopiero lawinowy wzrost liczebności proletariatu miejskiego, który już nie ubierał się we własnym zakresie, wytworzył zapotrzebowanie na duże ilości tanich tkanin. Nie bez znaczenia jest drugi czynnik - dla przemysłu pożądany był wyrównany surowiec, choćby i gruby - lepszy taki, niż runo mieszane.
A więc ta wełna, mimo, że przyjemna w przędzeniu,  jest właściwie najdalszą od  potrzeb rekonstruktora średniowiecza, czy jeszcze wcześniejszych epok!
Jej ręczne przędzenie z myślą o rekonstrukcji większości dawnych  tekstyliów ma mniej więcej tyle sensu, co ręczne tkanie krajek z poliestru i lureksu (oczywiście nie potępiam jej przędzenia w ogóle, wełna ręcznie przędziona ma wiele zastosowań nie tylko rekonstrukcyjnych :) .


Z drugiej strony, bynajmniej nie jest ideałem reko, by każdy chodził wyłącznie w wełnie z wrzosówki czy podobnej rasy. 
Odsądzany od czci i wiary merynos wcale nie jest tak "niehistoryczny", jak się zwykło sądzić. Białe owce cienkorunne znali Rzymianie, wiele tekstyliów o zdumiewająco delikatnym i wyrównanym włosie znanych jest z kręgu szeroko pojętej kultury celtyckiej. Ponadto wełna tego typu może być w miarę dobrym "przybliżeniem" separowanego puchu z runa mieszanego.
W każdym przypadku trzeba jednak pamiętać, że była to wełna dla bogatych - zwłaszcza w Europie północnej i centralnej (generalnie: na wschód od Alp, na północ od Karpat), gdzie warunki nie pozwalały na skuteczną hodowlę owiec cienkorunnych. Również separowanie puchu było czynnością mozolną i długotrwałą, a więc kosztowną. Generalnie na taką wełnę mógł sobie pozwolić ten, na kogo pracowało wielu innych - ubranych w wełnę w typie mieszanym.



Grycewicz H.., Staniszkis O.: Wełna, Warszawa 1959

Ryder M.L.: A Survey of European Primitive Breeds of Sheep, 1981 (rozwinięcie referatu wygłoszonego na III Międzynarodowej Konferencji Archeozoologii w Szczecinie w 1978)

Ryder M.L: Medieval Sheep and Wool Types, w: The Agricultural History Review, vol. 32 (1/1984)

 http://www.ansi.okstate.edu/breeds/sheep/


sobota, 25 maja 2013

Wełna a len

(czyli o tym, gdzie zawodzą analogie etnograficzne)

 

Wiadomo, że wełna i len mają odmienne właściwości, i co za tym idzie, miewały odmienne funkcje.Celowo podkreślam słowo "miewały", bo w dzisiejszym ruchu rekonstrukcyjnym bywa z tym rozmaicie. Owszem, stało się prawdą dość uznaną, że "len nosimy pod spód, a wełnę na wierzch", ale już ze zrozumieniem, z czego to wynika, bywa rozmaicie - nie raz spotkałam się np. ze stwierdzeniem "bo len nie był elegancki". Trochę prawdy można się w nim doszukać, ale należałoby sobie odpowiedzieć, dlaczego to miał "nie być elegancki".


Przede wszystkim nie idzie tu tylko o czynnik estetyczny, ale praktyczny. Ubranie ma przede wszystkim chronić przed ekstremami temperatury - a w naszym klimacie na ogół problemem nie jest groźba  przegrzania, lecz wychłodzenia.
1. Len jest lepszym, niż wełna przewodnikiem ciepła - czyli dobrze "chłodzi", podczas gdy wełna "grzeje" (zastosowano cudzysłów, bo wszak idzie tu o izolację termiczną, a nie faktyczne wytwarzanie ciepła)
2.  Len traci właściwości termoizolacyjne w stanie wilgotnym, gdy wełna może wchłonąć ilość wody do 33% jej ciężaru nie dając w ogóle wrażenia wilgoci, a i przy wyższej wilgotności wciąż daje dobrą izolację termiczną (Skoczylas, 1978)
Te dwa czynniki zwykle nie są doceniane w warunkach typowej "imprezy rycerskiej", odbywającej się w gorącej porze roku. Tymczasem przeciętny człowiek średniowiecza (oraz przez długi czas wcześniej, i już nie tak długi później) większą  część swej aktywności odbywał na otwartej przestrzeni, i nie mógł ograniczyć tej aktywności do pogodnych dni pomiędzy końcem maja a wrześniem. W domach także niekoniecznie panowała komfortowa temperatura dwudziestu paru stopni.

 Ubranie powinno być nie tylko ciepłe, ale i w miarę wygodne. Oczywiście kryteria wygody będą się zmieniać w zależności od epoki, sytuacji i pozycji społecznej, ale pewne elementy pozostaną wspólne dla większości sytuacji. Poza szczególnymi przypadkami (jak stroje formalne, liturgiczne, pochówki) pożądane jest, by ubiór nie krępował ruchów, i nie rozdzierał się w ich czasie, ani nie obcierał wrażliwych miejsc na ciele.
3. Wełna jest bardziej elastyczna, niż włókna roślinne, dlatego lepiej się sprawdza w dopasowanych, "pracujących" elementach ubioru.
4. Włókna celulozowe, stanowiące główny składnik przędz i tkanin roślinnych, w stanie mokrym pęcznieją. W rezultacie tkanina, która na sucho była gruba i zwarta, ale elastyczna, w stanie mokrym staje się sztywną płachtą.

Odzież noszona brudzi się i zużywa.
5. Len jak najbardziej można efektywnie prać bez użycia współczesnej technologii i chemii. Dobrze znosi użycie wysokiej temperatury, ługu i tarcia - takie pranie oczywiście jest długotrwałe i męczące, ale jak najbardziej możliwe, i nie niszczy tkaniny ponad akceptowalny poziom (akceptowalny - tzn. normalne, powolne zużycie, do pewnych granic zresztą wręcz pożądane - dodatkowym efektem takiego prania było wybielenie i zmiękczenie tkaniny). Wełna potraktowana w podobny sposób, skurczy się i sfilcuje ponad wszelką możliwość noszenia, a nawet delikatniejsze pranie może sprawić, że strój dorosłego mężczyzny nada się już tylko na dziesięciolatka... A więc jako surowiec na bieliznę, która ma chłonąć pot, a następnie dać się doprać, lepszym surowcem jest len. (Jeśli jednak bielizna ma przede wszystkim ogrzać w ekstremalnym klimacie, patrz punkty 1-2.). Dotyczy to także innych elementów ubioru, których przeznaczeniem było powtarzające się brudzenie i pranie.
6. Przędze i tkaniny roślinne są znacznie odporniejsze na zniszczenie mechaniczne, zwłaszcza tarcie, niż wełna (podkreślam - mechaniczne. Na rozkład biologiczny są znacznie mniej odporne, dlatego znacznie gorzej zachowują się w depozytach archeologicznych). Dlatego len czy konopie były preferowanym surowcem na worki, powrozy, fartuchy robocze itp.

Dla człowieka, który ma nosić dany ubiór, liczą się również względy estetyczne - a tu nie bez znaczenia jest kolor.
7. Gdy len posiada tylko jedną naturalną barwę, której odcień można poprzez bielenie rozjaśnić do brudnawej bieli, owce występują w wielu barwach i odcieniach bieli, szarości, beżu, rudości, czerni i brązu.
8. Wełna stosunkowo dobrze poddaje się barwieniu naturalnymi barwnikami, w przeciwieństwie do lnu.
Z tych dwóch powodów wełna rzeczywiście może być bardziej "elegancka" jako surowiec na ubiór, który ma robić wrażenie na obserwatorach.

9. Wedle dość powszechnego w "ruchu" mniemania dołożyć tu należałoby jeszcze jedną "opozycję", mianowicie: droga wełna - tani len.Niekoniecznie potwierdzają to źródła, w których można napotkać zarówno wzmianki o tanich wełnach, jak i drogich lnach. Skąd więc to przekonanie? Złośliwie można by rzec, że z cennika Łobosia (dla osób niezorientowanych: główny dostarczyciel tkanin w "ruchu rycerskim". Rzeczywiście, dziś tkaniny lniane można kupić kilkakrotnie taniej, niż wełniane. Ale dzisiejsze relacje cen nie są, i nie muszą być odbiciem tych sprzed kilkuset czy tysiąca lat.

Pewnym poparciem dla przekonania o "taniości" lnu mogą być fakty, które przytoczyłam w punktach 5 i 6 - należy jednak zauważyć, że w istocie te zdecydowane przewagi włókien roślinnych wcale nie odnoszą się do biedoty i plebsu, tylko do specyficznych ubrań. Chyba nikt poważnie myślący o historii czy rekonstrukcji nie sądzi naprawdę, że garderoba chłopa ograniczała się do koszuli i gaci, oraz worka na groch!

Owszem, można znaleźć wiarygodne źródła mówiące, że len był tkaniną ubogich, zaś wełna bogatszych. Znajdujemy takie informacje w pamiętnikach chłopskich, w opisach etnograficznych.
Ale...
Są to źródła zawierające się pomiędzy końcem nowożytności, a początkiem dwudziestego wieku. Owszem, etnografia dostarcza wiele informacji prawdziwych również i dla epok wcześniejszych. Niekoniecznie jednak w tym przypadku.

Dlaczego?
Informacje te odnoszą się do okresu, gdy dostęp przeciętnego chłopa do rezerw ziemi był ograniczony. 
Len i konopie są roślinami wysokowydajnymi. "Z poletka 300-metrowego przy średnim plonie otrzymać można około 10 kg włókna trzepanego, przy dobrym urodzaju 15-17 kg" - pisze o lnie Słuchocki w 1939 roku, mając na myśli techniki uprawy i przerobu jeszcze jak najbardziej tradycyjne. Masa ostatecznie uzyskanej tkaniny odzieżowej będzie jeszcze pomniejszona o pakuły, ale i te w tradycyjnym przerobie znajdowały zastosowanie w przędzy na tkaniny workowe itp.
Dla uzyskania podobnej masy wełny (pranej, niesortowanej) potrzebna w warunkach gospodarki ekstensywnej około 7-8 niewielkich owiec w typie wrzosówki, które, wraz z przychówkiem zapewniającym odtworzenie stada, w sezonie wegetacyjnym wyżywi pastwisko o powierzchni około 2 hektarów, to jest 20.000 m2.  Czyli 70 razy więcej! A to dopiero połowa roku - na drugą potrzeba siana z (minimalnie licząc) kolejnych 2 hektarów, względnie dobrej słomy z jeszcze większej powierzchni - ale tę możemy uznać za produkt uboczny, jako że nasz przykładowy chłop i tak uprawia zboża. Zachwaszczona słoma zbożowa z pól nie znających herbicydów była zbliżona wartością pokarmową do kiepskiego siana. Jednak konkurentami do paszy - zwłaszcza w zimie - były jeszcze zwierzęta zaprzęgowe, i bydło mleczne. I o ile stado owiec nie jest kluczowym dla przeżycia, to koń lub wół roboczy, oraz krowa mleczna (podstawowa dostarczycielka białka) - tak.

Rośliny włókniste wymagają natomiast ogromnego nakładu pracy w porównaniu z hodowlą owiec. Przy prymitywnej gospodarce opieka nad tymi drugimi sprowadza się w zasadzie do zbioru paszy zimowej (może nią być wspomniana słoma, ulistnione gałązki drzew, siano łąkowe), zabezpieczenia przez drapieżnikami i pozyskania wełny. Natomiast dla lnu bądź konopi trzeba uprawić ziemię, zasiać, odchwaszczać, wyrwać rośliny, wysuszyć je, wyrosić, wysuszyć ponownie, połamać, wytrzepać, wyczesać - a po tym wszystkim jesteśmy dopiero w punkcie równoważnym temu, gdy zebraliśmy wełnę z owcy. "Od zasiewu do otrzymania włókna trzepanego potrzeba około 170 dni roboczych na hektar zasiewu, podczas gdy np. przy uprawie żyta potrzeba tylko 45 dni na 1 ha". (Słuchocki, s. 10)

W sytuacji deficytu ziemi, a sporej podaży rąk do pracy (wieś po kasacji pańszczyzny) rośliny włókniste stały się znacznie bardziej dostępne od  wełny owczej.  Wyjątkiem były regiony dające dostęp do rozleglejszych użytków marginalnych, nie nadających się do uprawy ani nawet wypasu bydła (hale górskie, wrzosowiska). Na pozostałych terenach w ubraniu dziewiętnastowiecznego chłopa dominował len - wełna była rezerwowana dla ubiorów wyjściowych i naprawdę zimnej pogody.

Ale trudno o większy błąd, niż mechaniczne przenoszenie tej sytuacji  w czasy - na przykład - początków państwowości polskiej. W sytuacji wolnego dostępu do rezerw ziemi produkcja wełny, wymagająca znacznie mniejszego nakładu pracy, jest o wiele "tańsza". Nie wymaga nawet karczowania lasu - wprawdzie pastwiska leśne nie są tak wydajne, jak łąkowe (odrost runa leśnego w cieniu pod drzewami jest ograniczony), ale przy zgoła nieograniczonej dostępnej powierzchni nie jest to problem. A z czasem owce same przyczyniają się do odlesienia, zgryzając młode drzewka.

A więc "len dla biednego"? Owszem -  jeśli jest to biedny chłop małorolny epoki popańszczyźnianej.



Skoczylas Adam: Biologia owczego runa, Warszawa 1978
Słuchocki Czesław: Len. Uprawa i przeróbka, Warszawa 1939