Pokazywanie postów oznaczonych etykietą botanika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą botanika. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 sierpnia 2014

Barwierskich byków parę...

Zachęcona przez Alicję, postanowiłam wziąć za rogi byka. A nawet parę byków, które pasą się na łączce historycznego farbiarstwa.


1. Mokrzyca jako zaprawa?

 Zacznę od książki Weroniki Tuszyńskiej Farbowanie barwnikami naturalnymi. Ze względu na ilość zebranych informacji publikacja ta jak najbardziej zasłużenie jest, przynajmniej w Polsce, "biblią" farbiarską. W niejednym miejscu widać jednak, że autorka przytoczyła informacje niezweryfikowane (i często trudno się dziwić, nie zamierzam nikogo namawiać do prób zaprawiania widłakami czy barwienia rosiczką - gatunki chronione!).

Kolejnym problemem są błędy w zakresie nomenklatury botanicznej - niektóre z nich drobne, na poziomie literówek i przekręconych końcówek w łacińskich nazwach. Tymi nie będę się zajmować - kto zechce, sam znajdzie, a w zrozumieniu treści nie przeszkadzają. Niektóre niestety poważniejsze - o jednym z nich, gdzie Tuszyńska pomyliła urzet i marzannę, tworząc mit o barwieniu na niebiesko liśćmi tej ostatniej, już pisałam. A oto kolejny:

Mokrzyca (Stellaria media). Mokrzyca jest silnym środkiem zawierającym potas, więc może być zastosowana w stanie świeżym lub suszona - jako środek pomocniczy. Roślina ta rośnie na polach zbóż (głównie żyta). W krajach północnych jest stosowana do dzisiaj, zwłaszcza do farbowania za pomocą drewna (drzewa) kampeszowego dającego kolor niebieski.
Korę tej rośliny wygotowuje się 60 minut i do przecedzonego wywaru dodaje ałun. W tym roztworze bejcuje się wełnę gotując ją 60 minut, po czym wyjmuje. W tym samym roztworze obgotowuje się 15 - 30 minut odważone wiórki drewna kampeszowego w dobrze zawiązanym woreczku. Tak więc powstała z kąpieli bejcującej kąpiel barwiąca. (str. 26).
Tu już nie zgadza się absolutnie nic. Po pierwsze, Stellaria media to nie mokrzyca, tylko gwiazdnica pospolita. Istotnie, można spotkać się z informacjami o użyciu tej rośliny jako zaprawy barwierskiej - teorię tę zweryfikowała w praktyce Riihivilla, i zweryfikowała ją negatywnie. Riihivilla prześledziła także fińskie publikacje wzmiankujące użycie gwiazdnicy w farbiarstwie - te nowsze przytaczają informację o zaprawianiu nią wyraźnie bez weryfikacji, zapewne za książką Aliny Hellen z 1919 r, która podaje tylko, że roślina ta "może być używana w lecie zamiast widłaka. Gotowana w żelaznym garnku daje piękny szarozielony kolor". A widłak nie tylko zaprawia, również sam może dać wybarwienie. Podobnie jak każde zielsko zawierające chlorofil i nieco tanin - gwiazdnicy nie wyłączając.
Gwiazdnica pospolita Stellaria media, źródło: wikipedia

Mokrzyca (Minuartia)- jeden z wielu gatunków tego rodzaju, źródło: wikipedia.
Mokrzyca występuje na skałach w rejonach górskich i arktycznych, gwiazdnica jest pospolitym chwastem zbóż i innych upraw. Jak widać choćby po zdjęciach, obie są miniaturowymi roślinami zielnymi, i "kory" nijak nie dałoby się z nich uzyskać.
Zważywszy, że literalnie nic nie trzyma się tu kupy, informację o zaprawianiu mokrzycą (czy też gwiazdnicą) można chyba wyrzucić do kosza?



2. Niebieski z rdestu ptasiego?

Kolejny byk dotyczy rdestu i farbowania na niebiesko. Właściwie powinnam napisać - rdestów, a dlaczego, o tym za chwilę.

Po rękodzielniczych, ekologicznych i "ruchowych" stronach obficie fruwają samoklonujące się listy naturalnych barwników. A człowiek chciwie je studiuje, w nadziei na odkrycie czegoś, co rośnie za płotem, a daje kolor inny, niż wszędobylskie żółcie, oliwki i brązy. Dlatego entuzjazmem napełniło mnie odkrycie, jakoby rdest ptasi miał dawać kolor niebieski. Rdest ptasi? Mam tego całe podwórko, i nawet kury jeść go nie chcą, a więc nikogo nie skrzywdzę, robiąc mu żniwa!

Mój entuzjazm trochę przygasł, gdy zobaczyłam efekty barwienia rdestem u osób, które się za to wzięły od strony praktycznej. Wyszły im kolory nawet sympatyczne, ale... całkiem zwyczajne - żółty na ałunie, oliwkowozielony na miedzi, szarozielony na żelazie - to samo można uzyskać z innych zielsk, a bardziej skoncentrowane i mniej się narobiwszy ze zbieraniem (rdest ptasi to drobna roślinka).

No dobrze, a skąd w ogóle wiadomo, że rdest ptasi miałby barwić na niebiesko? Z publikacji Katarzyny Schmidt-Przewoźnej Barwienie metodami naturalnymi (wydawca: "Brama na Bagna", publikacja pdf 2009). Autorka pisze:


 Archeologiczne wykopaliska z nagrobków [chyba grobów / pochówków, nie nagrobków? - przyp. mój] gdańskich z tego okresu wykazały ślady rdestu barwierskiego Polygonum aviculare L. Czarnego bzu Sambucus nigra, używanych do barwienia na kolor niebieski oraz kosaciec Iris pseudoacorus L. do barwienia na kolor żółty.
Próby barwierskie z użyciem Polygonym aviculare L., mające sprawdzić, czy z tego chwastu można uzyskać niebieski, dały nieoczekiwany wynik. Z suszonego ziela uzyskano: beż, brązy, rudy, oraz szaro-zielony ciemny - ten ostatni przy zastosowaniu siarczanu żelaza. 
I jesteśmy w domu. Pora na wyjaśnienie, czemu nie rdest, a rdesty. Podkreślam raz jeszcze fragment: rdestu barwierskiego Polygonum aviculare L. Znowu kłania się łacina, i błąd jak byk! Polygonum aviculare to pospolity w Polsce chwast - rdest ptasi. Natomiast rdest barwierski to Persicaria tinctoria, dawniej znany pod łacińską nazwą Polygonum tinctorum - znana roślina barwierska, uprawiana na Dalekim Wschodzie i dająca barwnik indygo.

Rdest ptasi Polygonum aviculare. Rośnie wszędzie, co widać na zdjęciu (z wiki)
Persicaria tinctoria, d. Polygonum tinctorum - to ta roślina farbuje na niebiesko (z wiki)

Aby sprawę skomplikować, jest tu jeszcze "ten trzeci", rdest plamisty Persicaria maculosa, d. Polygonum persicaria, pospolity w Polsce, i jakoby też używany do barwienia - ale już bez żadnych wątpliwości na kolory typowo "zielskowe". Z błękitem nic wspólnego nie ma. Podobnie jak, pozwolę sobie sądzić, nic wspólnego z tą barwą nie ma rdest ptasi (ku memu wielkiemu żalowi - a już prawie kosiłam podwórko).

Swoją drogą, chyba powinnam podrążyć temat tych gdańskich wykopalisk, na które powołuje się autorka - z czystej ciekawości, co też takiego w nich było? Gdyby rzeczywiście dalekowschodni rdest barwierski, to dowodziłoby niezłego zasięgu handlu...


**********

A jednak i rdest ptasi zawiera indygo!

Zainteresowani mogą zapoznać się z wynikami eksperymentu przeprowadzonego w Wilnie:
https://www.facebook.com/giedra.dagiliene.1/media_set?set=a.10203701477636596&type=1
Nie wygląda to wprawdzie na efektywny sposób otrzymywania znaczącej ilości barwnika, jednak fotorelacja z procesu barwienia nie pozostawia wątpliwości - uzyskano w nim indygo!

piątek, 25 lipca 2014

Niebieski z marzanny?

Zgłębiając tematykę naturalnego barwienia tkanin, trafiłam - i to nieraz - na informację o barwieniu na niebiesko przy pomocy fermentowanej marzanny barwierskiej. Informację bardzo ciekawą, jednak nie popartą żadnymi udanymi eksperymentami - a przynajmniej na takowe nie udało mi się trafić. Co ciekawe, nie trafiłam także na żadne źródła anglojęzyczne choćby wzmiankujące barwienie marzanną na niebiesko. A to już obudziło pewien mój krytycyzm...
Marzanna barwierska (Rubia tinctorum), źródło: wikipedia.org


Co mogłaby dawać taka fermentacja? Sama w sobie zmienia odczyn roztworu, przesuwając w stronę niższego pH (czyli odczynu kwaśniejszego). A istnieje grupa barwników zmieniających kolor w zależności od odczynu - pomiędzy różowoczerwonym w środowisku kwaśnym, a fioletowoniebieskim w zasadowym. Są to antocyjany, znane z jagód, jeżyn, czarnego bzu, aronii - i w rekonstrukcji wykorzystywane w farbiarstwie. Jednak zawarta w korzeniach marzanny barwierskiej alizaryna nie zachowuje się w ten sposób.

Właśnie: korzeniach. Zaś gdy zaczniemy głębiej drążyć temat farbującej na niebiesko marzanny, okazuje się, że surowcem barwierskim miałyby w tym przypadku być liście. Choć jako żywo nie wiadomo mi, by zawierały one jakąś substancję barwiącą (gwoli ścisłości, jak każde zielsko zawierają chlorofil, a więc można z nich na upartego wyciągnąć bladą zieleń). Ale może zawierają jakąś mi nieznaną?

Zaczęłam drążyć temat od strony literatury. Skąd w ogóle wiadomo o farbowaniu marzanną na niebiesko? Jeśli artykuły z "ruchowych" stron i forów odsyłają do źródeł, to źródłem tym jest Tuszyńska. Sięgam więc do niej i czytam:

Barwnik ten [błękitny] uzyskuje się także z roślin rosnących w naszych warunkach. Do nich należy przed wszystkim marzanna (Isatis tinctura), z której uzyskuje się barwnik również drogą fermentacji liści zawierających podobne składniki farbujące, jakie zawiera indygowiec farbierski. (s.57)
I jesteśmy w domu - wszystko się tu zgadza, z wyjątkiem jednej małej rzeczy (nie rozdają rowerów, tylko kradną, by przypomnieć stary dowcip). Rzeczywiście istnieje rosnąca w Europie roślina, z której liści drogą fermentacji otrzymuje się niebieski barwnik o składzie podobnym do otrzymywanego z indygowca. Roślina ta, doskonale znana w historii europejskiego farbiarstwa,  nazywa się Isatis tinctoria (nie "tinctura"), a jej polska nazwa to  urzet barwierski.
Urzet barwierski (Isatis tinctoria), źródło: http://woad.weebly.com/grow.html

I tyle pozostało z myśli o farbowaniu marzanną na niebiesko. Wniosek? Chcemy mieć błękit, siejmy urzet!
A jako drugi wniosek dodać można: Disce puer latine!



Tuszyńska Weronika: Farbowanie barwnikami naturalnymi, Warszawa 1986. 

niedziela, 29 września 2013

Farbowanie wrotyczem - kolor żółty

Wczesna jesień to pora, która nie sprzyja aktywności rzemieślniczej  - przynajmniej w moim przypadku. Idzie sobie człowiek do pobliskiego zagajnika (pięć brzózek na krzyż), aby narwać brzozowych liści do farbowania. I co przynosi do domu? Takie coś:

Oczywiście farbowanie idzie w kąt, i można się najwyżej pochwalić grzybkami marynowanymi...
Ale do rzeczy - od czasu do czasu uda się zrobić i coś poza kulinariami.

Wrotycz pospolity (Tanacetum vulgare) to bardzo wdzięczne zielsko, farbujące w wersji podstawowej (bez zaprawy, lub zaprawa ałunowa, nie modyfikująca koloru) na żółto.
Znaleźć je można praktycznie wszędzie, na raczej jałowych, względnie suchych łąkach, które nie są utrzymywanie w we względnej kulturze rolnej. Czytaj: nikt ich nie kosi, i nie niszczy na nich niepożądanych chwastów. Bo z punktu widzenia rolnika wrotycz jest na łące niepożądany - zjedzony, ma właściwości trujące.  Dlatego najłatwiej znaleźć go na łąkach nie uprawianych i zapuszczonych, albo na poboczach dróg. A że farbiarzowi, inaczej niż zielarzowi - bo jest to i roślina lecznicza - nie przeszkadza nawet zbiór z miejsc ekologicznie wątpliwych (w końcu jeść tego nie zamierzamy), to szerokie rowy i nasypy przy nowych "eurodrogach" okazują się niewyczerpanym rezerwuarem tego surowca.A tak wygląda kwitnący wrotycz:
Źródło: Wikimedia Commons
I taki właśnie nas interesuje, bo to kwiaty są głównym źródłem barwnika. Można go nieco wydobyć również z liści, choć trudniej tu o uzyskanie czystego i żywego wybarwia. Natomiast sztywne, zdrewniałe łodygi zawierają barwnik w tak śladowych ilościach, że zdecydowanie należy je odrzucić przed zalaniem wodą (wcześniej świetnie zbiera się, suszy i przechowuje wiszący w pęczkach).
Wrotycz kwitnie w lipcu - sierpniu, ale jeśli zostanie wcześnie skoszony, potrafi się zmobilizować do odrostu i "awaryjnego" kwitnienia, które wypada odpowiednio później - nawet w końcu września, jak przy jednej z dróg koło mnie (wykoszono ją w początku lipca, i parę dni temu, w samej końcówce września,  zebrałam tam solidny bukiet kwiatów).

Wrotycz farbuje zarówno świeży, jak i suszony. Zawieszony w przewiewnym miejscu, doskonale się suszy, i jest surowcem bardzo łatwym do przechowania na zimę.
Niemodyfikowany, daje kolor żółty - czysty i żywy, o intensywności zależnej od ilości surowca, a tym samym siły kąpieli barwierskiej.

A oto efekty barwienia wełny wrotyczem: motek na górze to efekt pierwszego barwienia, motek poniżej jest z partii, która powędrowała do gara jako druga, do częściowo już wyczerpanej kąpieli.
W obu przypadkach użyłam 100% wełny (motek na górze - ręcznie przędziona wełna z PON, bardzo luźna. Motek na dole - maszynowo przędziona wełna w typie polskiej owcy górskiej. Mogło to odrobinę pogłębić różnice w wybarwieniu (włos rdzeniowy, obecny w wełnie owcy górskiej, gorzej przyjmuje barwnik).
Obie partie zaprawiane były tak samo, ałunem (10g na 100g wełny) w obecności kamienia winnego (5 g na 100 g wełny). Bez zaprawy także można otrzymać żywe barwy, natomiast należy się spodziewać mniejszej trwałości.

Przy barwieniu należy w zasadzie unikać zbyt wysokiej temperatury, zwłaszcza przekraczania granicy wrzenia. Przy gotowaniu zaczynają się uwalniać zawarte we fragmentach łodyg i dna kwiatowego brązowe barwniki, rozkłada się chlorofil, i wybarwienie od żółtego stopniowo przesuwa się w stronę żółtawego brązu. Można to wykorzystać świadomie do modyfikowania koloru, natomiast nie warto tą drogą próbować wyekstrahować więcej żółtego... Zwłaszcza, że jeśli potrzeba "więcej", to o wrotycz nietrudno.

Ciąg dalszy (jak z żółtego zrobić zieleń) nastąpi!




sobota, 25 maja 2013

Wełna a len

(czyli o tym, gdzie zawodzą analogie etnograficzne)

 

Wiadomo, że wełna i len mają odmienne właściwości, i co za tym idzie, miewały odmienne funkcje.Celowo podkreślam słowo "miewały", bo w dzisiejszym ruchu rekonstrukcyjnym bywa z tym rozmaicie. Owszem, stało się prawdą dość uznaną, że "len nosimy pod spód, a wełnę na wierzch", ale już ze zrozumieniem, z czego to wynika, bywa rozmaicie - nie raz spotkałam się np. ze stwierdzeniem "bo len nie był elegancki". Trochę prawdy można się w nim doszukać, ale należałoby sobie odpowiedzieć, dlaczego to miał "nie być elegancki".


Przede wszystkim nie idzie tu tylko o czynnik estetyczny, ale praktyczny. Ubranie ma przede wszystkim chronić przed ekstremami temperatury - a w naszym klimacie na ogół problemem nie jest groźba  przegrzania, lecz wychłodzenia.
1. Len jest lepszym, niż wełna przewodnikiem ciepła - czyli dobrze "chłodzi", podczas gdy wełna "grzeje" (zastosowano cudzysłów, bo wszak idzie tu o izolację termiczną, a nie faktyczne wytwarzanie ciepła)
2.  Len traci właściwości termoizolacyjne w stanie wilgotnym, gdy wełna może wchłonąć ilość wody do 33% jej ciężaru nie dając w ogóle wrażenia wilgoci, a i przy wyższej wilgotności wciąż daje dobrą izolację termiczną (Skoczylas, 1978)
Te dwa czynniki zwykle nie są doceniane w warunkach typowej "imprezy rycerskiej", odbywającej się w gorącej porze roku. Tymczasem przeciętny człowiek średniowiecza (oraz przez długi czas wcześniej, i już nie tak długi później) większą  część swej aktywności odbywał na otwartej przestrzeni, i nie mógł ograniczyć tej aktywności do pogodnych dni pomiędzy końcem maja a wrześniem. W domach także niekoniecznie panowała komfortowa temperatura dwudziestu paru stopni.

 Ubranie powinno być nie tylko ciepłe, ale i w miarę wygodne. Oczywiście kryteria wygody będą się zmieniać w zależności od epoki, sytuacji i pozycji społecznej, ale pewne elementy pozostaną wspólne dla większości sytuacji. Poza szczególnymi przypadkami (jak stroje formalne, liturgiczne, pochówki) pożądane jest, by ubiór nie krępował ruchów, i nie rozdzierał się w ich czasie, ani nie obcierał wrażliwych miejsc na ciele.
3. Wełna jest bardziej elastyczna, niż włókna roślinne, dlatego lepiej się sprawdza w dopasowanych, "pracujących" elementach ubioru.
4. Włókna celulozowe, stanowiące główny składnik przędz i tkanin roślinnych, w stanie mokrym pęcznieją. W rezultacie tkanina, która na sucho była gruba i zwarta, ale elastyczna, w stanie mokrym staje się sztywną płachtą.

Odzież noszona brudzi się i zużywa.
5. Len jak najbardziej można efektywnie prać bez użycia współczesnej technologii i chemii. Dobrze znosi użycie wysokiej temperatury, ługu i tarcia - takie pranie oczywiście jest długotrwałe i męczące, ale jak najbardziej możliwe, i nie niszczy tkaniny ponad akceptowalny poziom (akceptowalny - tzn. normalne, powolne zużycie, do pewnych granic zresztą wręcz pożądane - dodatkowym efektem takiego prania było wybielenie i zmiękczenie tkaniny). Wełna potraktowana w podobny sposób, skurczy się i sfilcuje ponad wszelką możliwość noszenia, a nawet delikatniejsze pranie może sprawić, że strój dorosłego mężczyzny nada się już tylko na dziesięciolatka... A więc jako surowiec na bieliznę, która ma chłonąć pot, a następnie dać się doprać, lepszym surowcem jest len. (Jeśli jednak bielizna ma przede wszystkim ogrzać w ekstremalnym klimacie, patrz punkty 1-2.). Dotyczy to także innych elementów ubioru, których przeznaczeniem było powtarzające się brudzenie i pranie.
6. Przędze i tkaniny roślinne są znacznie odporniejsze na zniszczenie mechaniczne, zwłaszcza tarcie, niż wełna (podkreślam - mechaniczne. Na rozkład biologiczny są znacznie mniej odporne, dlatego znacznie gorzej zachowują się w depozytach archeologicznych). Dlatego len czy konopie były preferowanym surowcem na worki, powrozy, fartuchy robocze itp.

Dla człowieka, który ma nosić dany ubiór, liczą się również względy estetyczne - a tu nie bez znaczenia jest kolor.
7. Gdy len posiada tylko jedną naturalną barwę, której odcień można poprzez bielenie rozjaśnić do brudnawej bieli, owce występują w wielu barwach i odcieniach bieli, szarości, beżu, rudości, czerni i brązu.
8. Wełna stosunkowo dobrze poddaje się barwieniu naturalnymi barwnikami, w przeciwieństwie do lnu.
Z tych dwóch powodów wełna rzeczywiście może być bardziej "elegancka" jako surowiec na ubiór, który ma robić wrażenie na obserwatorach.

9. Wedle dość powszechnego w "ruchu" mniemania dołożyć tu należałoby jeszcze jedną "opozycję", mianowicie: droga wełna - tani len.Niekoniecznie potwierdzają to źródła, w których można napotkać zarówno wzmianki o tanich wełnach, jak i drogich lnach. Skąd więc to przekonanie? Złośliwie można by rzec, że z cennika Łobosia (dla osób niezorientowanych: główny dostarczyciel tkanin w "ruchu rycerskim". Rzeczywiście, dziś tkaniny lniane można kupić kilkakrotnie taniej, niż wełniane. Ale dzisiejsze relacje cen nie są, i nie muszą być odbiciem tych sprzed kilkuset czy tysiąca lat.

Pewnym poparciem dla przekonania o "taniości" lnu mogą być fakty, które przytoczyłam w punktach 5 i 6 - należy jednak zauważyć, że w istocie te zdecydowane przewagi włókien roślinnych wcale nie odnoszą się do biedoty i plebsu, tylko do specyficznych ubrań. Chyba nikt poważnie myślący o historii czy rekonstrukcji nie sądzi naprawdę, że garderoba chłopa ograniczała się do koszuli i gaci, oraz worka na groch!

Owszem, można znaleźć wiarygodne źródła mówiące, że len był tkaniną ubogich, zaś wełna bogatszych. Znajdujemy takie informacje w pamiętnikach chłopskich, w opisach etnograficznych.
Ale...
Są to źródła zawierające się pomiędzy końcem nowożytności, a początkiem dwudziestego wieku. Owszem, etnografia dostarcza wiele informacji prawdziwych również i dla epok wcześniejszych. Niekoniecznie jednak w tym przypadku.

Dlaczego?
Informacje te odnoszą się do okresu, gdy dostęp przeciętnego chłopa do rezerw ziemi był ograniczony. 
Len i konopie są roślinami wysokowydajnymi. "Z poletka 300-metrowego przy średnim plonie otrzymać można około 10 kg włókna trzepanego, przy dobrym urodzaju 15-17 kg" - pisze o lnie Słuchocki w 1939 roku, mając na myśli techniki uprawy i przerobu jeszcze jak najbardziej tradycyjne. Masa ostatecznie uzyskanej tkaniny odzieżowej będzie jeszcze pomniejszona o pakuły, ale i te w tradycyjnym przerobie znajdowały zastosowanie w przędzy na tkaniny workowe itp.
Dla uzyskania podobnej masy wełny (pranej, niesortowanej) potrzebna w warunkach gospodarki ekstensywnej około 7-8 niewielkich owiec w typie wrzosówki, które, wraz z przychówkiem zapewniającym odtworzenie stada, w sezonie wegetacyjnym wyżywi pastwisko o powierzchni około 2 hektarów, to jest 20.000 m2.  Czyli 70 razy więcej! A to dopiero połowa roku - na drugą potrzeba siana z (minimalnie licząc) kolejnych 2 hektarów, względnie dobrej słomy z jeszcze większej powierzchni - ale tę możemy uznać za produkt uboczny, jako że nasz przykładowy chłop i tak uprawia zboża. Zachwaszczona słoma zbożowa z pól nie znających herbicydów była zbliżona wartością pokarmową do kiepskiego siana. Jednak konkurentami do paszy - zwłaszcza w zimie - były jeszcze zwierzęta zaprzęgowe, i bydło mleczne. I o ile stado owiec nie jest kluczowym dla przeżycia, to koń lub wół roboczy, oraz krowa mleczna (podstawowa dostarczycielka białka) - tak.

Rośliny włókniste wymagają natomiast ogromnego nakładu pracy w porównaniu z hodowlą owiec. Przy prymitywnej gospodarce opieka nad tymi drugimi sprowadza się w zasadzie do zbioru paszy zimowej (może nią być wspomniana słoma, ulistnione gałązki drzew, siano łąkowe), zabezpieczenia przez drapieżnikami i pozyskania wełny. Natomiast dla lnu bądź konopi trzeba uprawić ziemię, zasiać, odchwaszczać, wyrwać rośliny, wysuszyć je, wyrosić, wysuszyć ponownie, połamać, wytrzepać, wyczesać - a po tym wszystkim jesteśmy dopiero w punkcie równoważnym temu, gdy zebraliśmy wełnę z owcy. "Od zasiewu do otrzymania włókna trzepanego potrzeba około 170 dni roboczych na hektar zasiewu, podczas gdy np. przy uprawie żyta potrzeba tylko 45 dni na 1 ha". (Słuchocki, s. 10)

W sytuacji deficytu ziemi, a sporej podaży rąk do pracy (wieś po kasacji pańszczyzny) rośliny włókniste stały się znacznie bardziej dostępne od  wełny owczej.  Wyjątkiem były regiony dające dostęp do rozleglejszych użytków marginalnych, nie nadających się do uprawy ani nawet wypasu bydła (hale górskie, wrzosowiska). Na pozostałych terenach w ubraniu dziewiętnastowiecznego chłopa dominował len - wełna była rezerwowana dla ubiorów wyjściowych i naprawdę zimnej pogody.

Ale trudno o większy błąd, niż mechaniczne przenoszenie tej sytuacji  w czasy - na przykład - początków państwowości polskiej. W sytuacji wolnego dostępu do rezerw ziemi produkcja wełny, wymagająca znacznie mniejszego nakładu pracy, jest o wiele "tańsza". Nie wymaga nawet karczowania lasu - wprawdzie pastwiska leśne nie są tak wydajne, jak łąkowe (odrost runa leśnego w cieniu pod drzewami jest ograniczony), ale przy zgoła nieograniczonej dostępnej powierzchni nie jest to problem. A z czasem owce same przyczyniają się do odlesienia, zgryzając młode drzewka.

A więc "len dla biednego"? Owszem -  jeśli jest to biedny chłop małorolny epoki popańszczyźnianej.



Skoczylas Adam: Biologia owczego runa, Warszawa 1978
Słuchocki Czesław: Len. Uprawa i przeróbka, Warszawa 1939

poniedziałek, 6 maja 2013

Drzewo brazylijskie... z Indii

Przekopując się przez źródła dotyczące farbowania barwnikami naturalnymi,  dotarłam do fragmentu XV-wiecznego manuskryptu ze zbiorów Biblioteki Czartoryskich w Krakowie, w opracowaniu Jerzego Wyrozumskiego.

Kto chce poprawić kolor płaszcza albo purpurowej tkaniny, niech weźmie ziemi esperskiej dwie uncje na płaszcz i niech nią mocno płaszcz czyści, następnie niech weźmie skruszonego brazylijskiego drzewa i włoży do naczynia i niech da wody z drzewem brazylijskim stosownie do ilości potrzebnej gorącej cieczy, a gdy płaszcz będzie zielony, niech da szafranu, zaś gdy czarny, czerwony lub purpurowy, niech da drzewa brazylijskiego. Zielony płaszcz będziesz czyścił tylko ziemią. Biały możesz uczynić zielonym w urzecie farbiarskim, bladozielony w szafranie, a czerwony w drzewie brazylijskim."

Zaintrygowało mnie to "drzewo brazylijskie". Nie mnie pierwszą zresztą, jak można wnosić z dyskusji na Laboratores   (patrz komentarze). Jako że na tekst trafiłam pośrednio, jako cytat, w pierwszym momencie pomyślałam, że ktoś źle przepisał - jednak nie. Kolejna myśl - autor strzelił ciężkiego kalibru babola. Jakie drzewo brazylijskie w XV wieku? Na Kolumba za wcześnie, na Leifa Eriksona za późno, zresztą ten do Brazylii się nie zapuszczał!  A jednak...

Prawdziwe "drzewo brazylijskie" (ang. brazilwood),  Caesalpinia echinata, w rzeczy samej pochodzi z Brazylii, i nie mogło znaleźć się w Europie w średniowieczu. Ale podobne drzewo barwierskie z tego samego rodzaju, Caesalpinia sappan (ang. sappanwood) jest rośliną rodzimą dla Indii, i w średniowieczu jak najbardziej mogło docierać i docierało do Europy. Oczywiście w znacznie mniejszych ilościach i odpowiednio wyższych cenach. 

Aby bardziej zaciemnić sytuację, istnieje trzecia podobna roślina barwierska, kampeszowiec Haematoxylum campechianum, (ang. logwood, campeche )pochodząca z Jukatanu (czyli też Nowy Świat), należąca wprawdzie do innego rodzaju, ale tej samej rodziny (bobowatych), także dająca czerwony barwnik o podobnym składzie, jak Caesalpinia
 
Oczywiście surowcem barwierskim wymienionym w XV-wiecznym rękopisie może być tylko 
Caesalpinia sappan. Czyli "drzewo indyjskie" raczej niż brazylijjskie. 

Ale mówiąc o tym, musimy pamiętać, że współczesna systematyka była obcą średniowiecznym i wczesnonowożytnym użytkownikom rzeczonych drzew. Dla nich było to po prostu "czerwone" czy też "ogniste" drzewo, w portugalskim pau-brazil - bez rozróżniania, czy pochodziło z Indii, czy, później, z nowo odkrytej ziemi na zachodzie. I to nie nazwa tego drzewa pochodzi od Brazylii - odwrotnie, to ziemię, obficie dostarczającą cennego surowca, nazwano od niego Brazylią. 

Dlatego piętnastowieczy autor mógł pisać o drzewie "brasil" (czy jakkolwiek dokładnie je nazwał  - z oryginałem manuskryptu nie obcowałam) - mimo że o Brazylii oczywiście nawet jeszcze nie słyszał. 

 

niedziela, 31 marca 2013

O indygo słów parę

Edycja - sierpień 2018
[Wpis oryginalnie pochodził z początku 2013 roku. Po dobrych pięciu latach zasłużył na nową redakcję i nieco sprzątania, zwłaszcza, że - co bardzo mnie cieszy - wciąż "chodzi w użyciu". Wielkie podziękowania dla Alicji Mega z grupy farbiarskiej za doprecyzowanie terminologii związków chemicznych!]

Zainspirowały mnie do tego wpisu regularnie powtarzające się na forach i blogach rekonstrukcyjnych dyskusje typu:

- Piszesz, że indygo, a przecież do XV wieku w Europie nie było indygo...
- Ale Maik twierdzi, że...
- No to Maik się pomylił, bo nie było!

- W 60% znalezisk tkanin z manufaktur Psiej Wólki wykryto indygo...
- Ale statuty cechowe Psiej Wólki kategorycznie zakazywały użycia indygo, chodziło o ochronę interesów producentów urzetu...
- Znaczy, że olewali zakazy...
- Ale w Psiej Wólce nie mogli mieć indygo, bo datowanie i szlaki handlowe...

I tak dalej, aż pierze poleci.
Tymczasem sprawa jest prosta - aspirujemy do miana naukowców, czy też nie, używajmy języka naukowego! Naprawdę, terminologię wymyślono nie po to, żeby ludziom utrudnić życie, tylko je ułatwić. Podobnie, jak popularne w Polsce drzewo parkowe (rodzaj Aesculus) to nie "kasztan", tylko kasztanowiec, tak roślina barwierska z rodzaju Indigofera to nie "indygo", tylko indygowiec.

Indygo to barwnik, uzyskiwany nie z jednego gatunku rośliny, lecz całkiem wielu - niektórych wcale nie spokrewnionych zbyt blisko ze sobą. I kluczowym słowem jest tu "uzyskiwany", bowiem nie występuje w nich w gotowej postaci. W żywych (czy nawet ususzonych), nie przygotowanych specjalnie roślinach, występują tzw. prekursory indygo, czyli związki, które po odpowiednim potraktowaniu są w stanie w drodze reakcji chemicznych w indygo przejść. To dlatego barwienie indygo zyskało opinię "trudnego" - nie wystarczy tu zalanie surowca wrzątkiem i wpakowanie tkaniny czy przędzy do naparu...

Indygo najczęściej uzyskujemy z następujących roślin:
1. Indigofera tinctoria, czyli indygowiec barwierski. Pochodzi prawdopodobnie z Afryki Zachodniej, uprawiany w Indiach i innych "ciepłych krajach", importowany do Europy od końcówki średniowiecza do zmierzchu barwników naturalnych.  Najpopularniejsze dziś biologiczne źródło tego barwnika. To ta właśnie roślina bywa - niepoprawnie - nazywana "indygo" (zapewne przyczynił się do tego fakt, że w angielskim znana jest jako "true indigo"). Barwnik indygo można otrzymać jeszcze z kilku innych gatunków należących do tego rodzaju.
2. Isatis tinctoria, czyli urzet barwierski. Roślina barwierska dawnej Europy, dla "tru ultrasa" . Niestety mniej wydajna, niż indygowiec, dlatego w końcu mu ustąpiła.
3. Persicaria tinctoria, dawniej Polygonum tinctorium, czyli rdest barwierski. Występuje na Dalekim Wschodzie, jako surowiec nie był importowany do Europy. Teoretycznie mógł tu trafiać barwiony nim chiński jedwab.

Ta lista bynajmniej nie jest kompletna, istnieją wzmianki o uzyskiwaniu niebieskiego barwnika nawet z rdestu ptasiego - pospolitego europejskiego chwastu (potwierdzone eksperymentalnie lat temu parę przez farbiarkę z Litwy, proces jasno wskazywał, że barwnikiem tym jest indygo - niestety relacja była opublikowana na FB i już nie jest dostępna).  Istnieją wreszcie inne rośliny indygonośne, niż te wymienione - choć mniej znaczące gospodarczo i historycznie.

Analiza tekstyliów wykopaliskowych pozwala stwierdzić obecność indygo. Nie mówi, z jakiej rośliny barwnik uzyskano. Dopiero kontekst znaleziska może nam zasugerować, czy był to urzet, czy indygowiec, czy może rdest.

Owszem, liście urzetu barwierskiego zawierają stosunkowo mniej prekursorów indygo, niż liście indygowca. Konkretnie -  urzet zawiera isatan b, a indygowiec beta-d-glikozyd indyksolu (informacja dzięki Alicji :) ) . Jednak ani to, jaki prekursor występuje w roślinie, ani jego zawartość, nie oznacza, by indygo z urzetu było "inne" i nie pozwalało na uzyskanie intensywnych błękitów czy ciemnych granatów. Po przejściu prekursora w indygo - będzie to tak czy inaczej indygo. A niższa zawartość pożądanej substancji w liściach oznacza jedno - potrzeba więcej liści! Co oczywiście jest bardziej pracochłonne - i nie bez przyczyny uprawa urzetu w Europie został w końcu wyparta przez importowane indygo z indygowca. 

Warto jednak dodać, że otrzymany odcień mógł w istocie nieco się różnić. Dziś mamy do czynienia głównie z czystym (lub niemal czystym) wyizolowanym indygo - to ten niebieski proszek czy bryłki... Indyjskie indygo z indygowca (tak, masło maślane... ale to w imię precyzji ;) ) sprowadzano do Europy w takiej właśnie postaci, stąd ponoć Europejczycy na początku uważali je za minerał!  Tradycyjny przerób urzetu wyglądał inaczej - liście miażdżono, po czym z pulpy robiono kule, i je suszono. W takiej postaci były produktem handlowym, po czym farbiarze rozkruszali je, namaczali i fermentowali. Działo się to wciąż w obecności roślinnej masy - jak można sądzić, uwalniającej składniki inne, niż tylko prekursory indygo, i wpływającej pośrednio na kolor.

A więc twierdzenie, że "Europa do XV wieku nie znała indygo", czy że "statuty cechowe zakazywały używania indygo" to szerzenie bzdur, za sprawą nie tyle braku wiedzy merytorycznej, ile kulawej terminologii.
Przed rozpoczęciem importu indygowca Europa znała i otrzymywała indygo z urzetu. Później zakazywano używania indygowca, nie indygo - nowej rośliny zawierającej ten sam barwnik, nie barwnika jako takiego!

W skrócie: indygo = barwnik, zaś roślina = indygowiec!

         To jest indygowiec             
To jest indygo (zdjęcie za Wikipedią, fot. H.Zell)



Zaś dyskusje, które przytoczyłam na początku, mogłyby zacząć się od stwierdzeń:
"Do XV wieku w Europie nie było indygowca" i "w 60% znalezisk tkanin w Psiej Wólce wykryto indygo" "Musiało pochodzić z urzetu, bo w Psiej Wólce nie używali indygowca". Wtedy miałyby szansę zakończyć się merytorycznymi wnioskami.
Inaczej możemy dyskutować jak gęś z prosięciem, a rozmowa kończy się albo na niczym, albo na darciu pierza.
I szczeciny.