Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 kwietnia 2014

Diabelskie wzorki i kolorki

 czyli "Diabelska materia" okiem krytyka

Tekst niniejszy powstał w nawiązaniu, polemicznym zresztą, do pracy Michela Pastoureau Diabelska materia. Nie jest jego celem recenzja czy całościowa analiza od dawna dostępnego i znanego opracowania, raczej - dyskusja nad dwiema tezami autora. I do dyskusji właśnie czytelników zapraszam!

1. Diabelskie paski?

Poszukując opracowań traktujących o kolorystyce ubrań w średniowieczu, często natrafiałam na wzmianki o materiałach pasiastych jako "piętnujących", naznaczających negatywnie osobę je noszącą, często przypisanych osobom z marginesu społecznego czy w inny sposób "niegodnym". Przy czym, jeśli opracowania co bardziej popularne (artykuły internetowe, wytyczne dla grup historycznych), w ogóle podają źródło, to jest nim właśnie Pastoureau.

Wielokrotnie podkreśla on negatywnie wartościujący w kulturze średniowiecznego Zachodu charakter ubioru w pasy. W mojej jednak opinii dość niejasno uzasadnia genezę takiego wartościowania. Wiąże je z niebezpiecznymi (lub jako niebezpieczne postrzeganymi) zwierzętami w paski, to znów podkreśla znaczenie pasów jako "elementu chaosu" odróżniającego się od jednolitego uporządkowania, a tym samym wykorzystywanego, aby wyróżnić "nieuporządkowane" elementy społeczeństwa. Przypisuje pasom "diaboliczność" w percepcji człowieka średniowiecza niejako inherentną, wynikającą z samego faktu ich pasiastości. "Wszyscy ci >odmieńcy< gwałcą społeczny ład, tak samo jak pasek gwałci ład chromatyczny i ubraniowy" (s. 30).  Dlaczego "gwałci"? W innym miejscu znaleźć można wyjaśnienie, że nie pozwalając na rozróżnienie i zdefiniowanie "wzoru" i "tła", pasy wymykają się próbom uporządkowania, jako wielobarwne, wyrażają chaos, zamęt.
Ustawy przeciwzbytkowe, czy bulla papieska zakazująca zakonnikom noszenia pasiastych ubiorów stają się dla Pastoureau dowodem negatywnie wartościującego charakteru tychże. Pytanie jednak - czy wielokrotne ponawianie zakazów, zwłaszcza w ustawach antyzbytkowych, sugeruje, że rzecz zakazywana była dla powszechnej wrażliwości odstręczającą? Czy może jednak wręcz przeciwnie?

Czy rzeczywiście w średniowiecznym oglądzie paski "hańbiły" - nie jestem w stanie odpowiedzieć. Natomiast, co zwraca moją uwagę w lekturze książki, rozważając kwestię materiałów w paski, Pastoureau praktycznie nie wychodzi poza sferę symboliki i filozofii. Ja zaś chcę rzucić na sprawę skromnym i przyziemnym okiem "tekstylnika".

Jak powstają pasy na tkaninie? Dziś często bywają nadrukowane już po jej utkaniu. Te szersze niekiedy rodzą się poprzez zszycie pasów różnobarwnych tkanin (vide niesławne "wikińskie szarawary", alias piratki). Ale historycznie pierwszą i najbardziej oczywistą metodą otrzymywania tkaniny w pasy - i wciąż chyba jeszcze najpopularniejszą - jest utkanie jej z różnobarwnej przędzy. Niejako kolejną pochodną jest tkanina kraciasta - tu różnobarwny jest i wątek, i osnowa.

To, że tkanina w pasy wymaga przędz w różnych kolorach, implikuje konieczność barwienia przed tkaniem, ewentualnie wykorzystania włókna o barwie naturalnie zróżnicowanej (np. wełny z czarnych i białych owiec). Jak się ma to do historii tkactwa?


We wczesnośredniowiecznej Europie tkactwo było w zasadniczej mierze "przemysłem domowym", by w dojrzałym średniowieczu przejść w gestię wyspecjalizowanych rzemieślników o organizacji cechowej. To mniej więcej oczywistość - ale jaki ma związek z pasiakami? Otóż ma, i to spory.
Nie darmo po dziś dzień wzorzysty pasiak ma konotacje wiejskie, chłopskie. Przy tkaniu w domu sporządzano naraz stosunkowo niewielkie partie tkaniny, wykorzystując własny, często zróżnicowany kolorystycznie surowiec. Jeśli barwiono tekstylia - to w niewielkich partiach. Przeciętne domostwo nie dysponowało potężnymi kadziami barwierskimi i "osprzętem" do nich. Farbowano w zwykłego rozmiaru garnkach - a wobec tego możliwości ufarbowania gotowej sztuki materiału były ograniczone. O wiele łatwiej było barwić przędzę, a potem utkać z niej materiał - w tym właśnie pasiak!

Cechowy przerób modyfikuje ten proces. Pojawiają się wyspecjalizowane warsztaty, dysponujące potężnymi kadziami, pozwalającymi na barwienie naraz całego postawu materiału. Równolegle zachodzi druga zmiana - w miejsce prymitywnych owiec o runie mieszanym, często kolorowych, pojawiają się owce cienkorunne, najchętniej białe. Ich delikatne runo łatwo zniszczyć w czasie obróbki wstępnej (czesanie, gręplowanie, przędzenie - to też coraz częściej zamiast na wrzecionie odbywa się na kołowrotku). Potrzeba mechanicznej ochrony włosa wymusza stosowanie natłustek, nanoszonych na runo zaraz po praniu i pozostających na włosie aż do etapu wykończenia sukna. (Nieco więcej na ten temat Przędzę, tkaninę, czy ... ? )

To wszystko sprawia, że barwienie w przędzy traci na popularności. Czy zanika? Miało szansę utrzymać się tam, gdzie kontynuowano domowy wyrób tkanin - czyli głównie wśród plebsu w co bardziej zapadłych dziurach. A jeśli z jakimś wzorem kojarzeni byli głównie nieokrzesani rustici, zapewne prestiżu mu to nie przynosiło...

W tym momencie należałoby właściwie zagłębić się w funkcjonowanie obrazu chłopa w literaturze średniowiecznej. Uczyniłoby to jednak z niniejszego tekstu pracę z zakresu literaturoznawstwa, a przecież miało być o tekstyliach... Zaznaczmy więc tylko pokrótce, że konotacje chłopa w owej literaturze pozytywne nie są - chłop jest nie tylko ciemny i nieokrzesany, ale też małoduszny, leniwy, w gorszym razie zdradziecki, w lepszym najwyżej komiczny.

Pasy, i ogólnie kontrastowe wzory, zwracają uwagę patrzącego - tu można z Pastoureau tylko się zgodzić. Jest to proces jak najbardziej fizjologiczny, na poziomie funkcjonowania naszego oka i mózgu. To, co się wyróżnia, co jest  kolorowe i różnobarwne, przyciąga nasz wzrok. Nic dziwnego, że stroje wzorzyste, pasiaste i mi-parti (które autor uważa za "wariację" pasów) stają się ubiorem akrobatów, grajków, pań podejrzanej konduity. Owszem, można wyróżnić się i jednolitym żywym kolorem - pytanie, co jest bardziej ekonomiczne? I znów może zajść tu ten sam proces, co w przypadku chłopskiego pasiaka - ubiór wzorzysty, początkowo z rozmysłem wybieramy przez członków tych grup, może poprzez powiązanie z nimi stać się dyskredytującym, i już wtórnie na nich wymuszanym.
Czy tym panom paski narzucono ustawowo? (Codex Manesse)

A więc negatywne konotacje pasiaka - tu mogę się zgodzić. Natomiast czy rzeczywiście za sprawą jakiejś inherentnej skandaliczności pasów w średniowiecznej estetyce? Widzę tu co najmniej punkt wyjścia do dyskusji.

2. Kolorowa bielizna 


Pastoureau autorytatywnie stwierdza (s. 94) Przez całe wieki, z grubsza biorąc od epoki feudalnej do drugiej rewolucji przemysłowej, wrażliwość zachodnia nie tolerowała ubrań ani tkanin bezpośrednio dotykających nagiego ciała (koszule, letniczki, gacie, kalesony, pościel) w kolorze innym niż biały lub naturalny, nie bielony kolor tkaniny. (...) kolor uchodził za coś mniej lub bardziej nieczystego (zwłaszcza jeśli uzyskiwany był za pomocą barwników pochodzenia zwierzęcego).
Dowodem tego - jakżeby inaczej - mają być znowu reguły klasztorne i prawa przeciwzbytkowe.

Po raz kolejny autor wychodzi tu od abstrakcyjnej idei, za jej pomocą tłumacząc zachowania praktyczne. I - przynajmniej w tym przypadku - zdecydowanie nie jest to właściwy kierunek.

Owszem, wrażliwość zachodnia (i nie tylko zachodnia) nie tolerowała pewnego typu tkanin i ubrań bezpośrednio dotykających nagiego ciała. Konkretnie - ubrań brudnych i śmierdzących.
Dzisiejsza wrażliwość postawiła znak równości pomiędzy rozmaitymi rodzajami "brudu". Brudne jest ubranie zanieczyszczone wydzielinami fizjologicznymi, i brudne jest ubranie upylone ziemią czy popiołem, czy przyczernione sadzą. W rzeczywistości to pierwsze niesie zagrożenie dla naszego zdrowia i obiektywnego poczucia komfortu (w postaci odparzeń chociażby, nie mówiąc o przenoszeniu infekcji i pasożytów, jeśli zakładamy ubranie zabrudzone przez innego człowieka). W przypadku tego drugiego dyskomfort jest subiektywny i sytuacyjny.

Dziś podobnie często zmieniamy i pierzemy ubrania wierzchnie i bieliznę. Historycznie - nie tylko w średniowieczu, ale i długo potem - bywało inaczej. Wierzchnie ubranie zmieniano i prano rzadko, bieliznę o wiele częściej (nawet gdy kąpiele stały się mniemanym "zagrożeniem dla życia", zmiana koszuli pozostała - jako zasadniczy zabieg higieniczny).

Przed epoką detergentów (nie mówiąc o czyszczeniu chemicznym) możliwości prania ubiorów wierzchnich były ograniczone. W naszej strefie klimatycznej wykonywano je najczęściej z wełny (dlaczego - patrz Wełna a len), a ta nie zniesie dobrze prania przy pomocy gorącej wody z ługiem, intensywnego tarcia i klepania. Zaś pranie takie, na jakie jej odporność pozwala, nie usunie dobrze intensywniejszych zabrudzeń. Dokładniej - może spłukać zabrudzenia z ziemi, gliny, czy nawet bydlęcego gnoju (po pracy w oborze choćby). O wiele gorzej ze skutecznym spraniem potu i tłuszczu wydzielanego przez ludzkie ciało, w kontakcie z którym pozostaje bielizna.
Dlatego preferowanym surowcem bieliźnianym były włókna łykowe - przede wszystkim len, ale i konopie. A lnu, jak wie każdy ultras, "nie umiano barwić". Oczywiście nie jest to stwierdzenie do końca ścisłe - len barwić umiano, i barwiono. Wymaga on często odmiennych, niż wełna, receptur, wybarwienia bywają mniej intensywne, a paleta kolorów skromniejsza. tym niemniej barwić się daje. Jednak wybarwienie to nie wytrzymuje próby prania poprzez parzenie, ługowanie i tarcie - dobry jego opis daje Jan Słomka w Pamiętnikach włościanina:
Pranie odbywało się zwyczajnie co tydzień, bo bielizny było szczupło, zmieniali ją zwyczajnie w niedzielę rano. Bielizna i w ogóle wszystkie »smaty« były do prania najpierw zamoczone na noc w dużych cebrach, następnie z pierwszego brudu były przepierane w sadzawce lub przy innej wodzie poza domem. Potem układali je w polewanicy na wysokich trzech nogach, czyli t. zw. »tryfusie«, posypując warstwami cieniutko popiołem z twardego drzewa, i polewali gorącym ługiem, otrzymanym z zaparzonego popiołu. Ług przeciekał przez wszystkie warstwy bielizny i sączył się dziurką, znajdującą się w dnie polewanicy do cebrzyka, pod nią ustawionego, skąd go wybierali i znowu zagotowywali do dalszego polewania, które trwało kilka godzin, dopóki się bielizna nie rozparzyła i nie rozgotowała. Żeby to przyśpieszyć, kładli do polewanicy żelazo lub kamień rozpalony do czerwoności i po zalaniu wrzącym ługiem nakrywali ją denkiem. Z tak wyparzoną bielizną szły znowu kobiety do wody, zawsze we dwie, bo jednej trudno było grube »smaty«, naprzykład kamiziele, wyżymać, i prały je na biało. Pranie więc było dokładne i »smaty« po wypraniu i wysuszeniu na słońcu miały przyjemny zapach.
Barwienie lnianej bielizny, przeznaczonej do częstego prania taką lub zbliżoną metodą, najzwyczajniej nie miało sensu. Ewentualnie mogli sobie na nie pozwolić tylko najbogatsi, którzy mogli kolorową bieliznę potraktować jako jednorazowy (no, kilkakrotny) luksus. W świetle tego zakazy używania barwionej bielizny w ustawach przeciwzbytkowych i regułach klasztornych zyskują zupełnie inny - i o wiele bardziej zrozumiały - sens.
Warto dodać, że barwniki zwierzęce, które według Pastoureau były postrzegane jako szczególnie "nieczyste", to w rzeczywistości barwniki najdroższe - czerwiec, koszenila i purpura. Jakoś nie przypominam sobie, by zwłaszcza ta ostatnia miała dyskredytujące ją konotacje "nieczystości"... Zakazywanie jej noszenia ludziom "niegodnym" to rzecz zgoła biegunowo przeciwna!

Pastoureau wiąże początek kolorowej bielizny, przypadający około 1860 roku, z "uwolnieniem się od moralności protestanckiej, od kapitalistycznej etyki i wartości mieszczańskich". Ja wiążę ją z czym innym - z zastępowaniem pościeli lnianej przez bawełnianą, upowszechnianiem się sprzedaży twardego mydła w ilościach służących już nie tylko do higieny osobistej, ale do prania,  a nade wszystko - z coraz większą dostępnością i popularnością trwałych barwników syntetycznych.





 Pastoureau  Michel: Diabelska materia, Warszawa 2004



Aleksander Jonathan: Labeur and Paresse: Ideological Representations of Medieval Peasant Labour (dla głębiej zainteresowanych tym, jak ukazywano chłopa w literaturze śrd.)

Rule Vera: Vertical or horizontal, ma'am? The Guardian, Saturday 15 September 2001



środa, 19 czerwca 2013

Salceson naukowy

czyli jeszcze trochę o "obrazkach"


Tym razem nie będzie tekstylnie. Gastronomicznie, wbrew tytułowi, też nie do końca. Więc skąd ten salceson?

Salceson, proszę państwa, jest to porządna galareta, w której, w dość przypadkowym rozmieszczeniu, występują grubo siekane różne elementy tuszy wieprzowej - tu kawałek ozora, tam ryja, a i szczeciniaste ucho się trafi. Koneserzy tej szlachetnej wędliny twierdzą, że w przyzwoitym salcesonie koniecznie musi być coś na ząb - w żadnym razie sama galareta!
W dość powszechnej opinii ilustracje w książce są równie niezbędne, jak kawałek mięsa w salcesonie. Któż by chciał jeść samą galaretę? (O, przepraszam, czytać sam tekst!)

Muszę powiedzieć, że sama lubię w salcesonie kawałek ozora (za ucho ze szczeciną jednak dziękuję). I lubię, gdy dobrze dobrana ilustracja uzupełnia tekst, a nierzadko nawet jest jego niezbędną częścią. Czasem jednak jakość i dobór ilustracji napawa zwątpieniem...

Pierwszy raz tak głęboko zwątpiłam, gdy lata temu, jako p.o. szkolnej bibliotekarki, dostałam w swe ręce książeczkę dla uczniów podstawówki zainteresowanych historią. Książeczka omawiała m.in. bitwę pod Grunwaldem, ilustrując ją postaciami walczących tamże. Na ilustracjach występowali:
1. "Rycerz krzyżacki" w hełmie garnczkowym. Może po dziadku (też Krzyżaku?)
2. "Rycerz tatarski" (że co, proszę?), który wyraźnie urwał się z kompanii pana Kmicica.
3. "Rycerz litewski", wyglądający jak angielski łucznik, ale bez łuku. Za to z nagim mieczem za pasem (czemu przynajmniej nie dwoma?)
4. "Rycerz polski". Ten miał z jednego końca hełm żebrowy, a z drugiego spodnie, krajkami na łydkach owijane.Co było pośrodku, nie pomnę.
Cóż... "Dzieło" czym prędzej schowałam do kartonu zwrotnego, okleiłam tenże taśmą pancerną, i ostrzegłam resztę kadry pedagogicznej, by nie otwierać, komu życie miłe. Ale wtedy jeszcze wierzyłam, że taki chłam wciska się tylko paniom od jedenastolatków...

Po raz kolejny zwątpiłam, kiedy zaczęłam przeglądać "dzieła" przeznaczone dla etapu okołogimnazjalnego. Radosna twórczość dziewiętnastowiecznych bronioznawców-fantastów prezentowana bez żadnej informacji, z jakiej epoki toto pochodzi, przedstawienia o kilkaset lat późniejsze, niż ukazane na nich wydarzenia, oczywiście też bez słowa komentarza - codzienność. No cóż, powiedziałam sobie - wydawca, nie bez racji, wierzy, że gimbusy to kupią. Ale w porządnej nauce to nie przejdzie!

Aż, niedawno, wpadła mi w ręce książka prof. Andrzeja Radzimińskiego Kobieta w średniowiecznej Europie (Wydawnictwo Naukowe UMK, Toruń 2012).
Skądinąd ciekawa praca wprawiła mnie w szok poznawczy, jeśli idzie o sposób jej ilustrowania.  Ilustracje - same w sobie bardzo dobrej jakości - niespecjalnie powiązane są z tekstem. Ot, mamy rozdział o chłopkach, to wrzucimy słynną ilustrację z Godzinek księcia de Berry, o, tę:

Pod nią podpis: Wieśniaczki do pracy w polu nosiły suknie z jednolitym lub sznurowanym stanikiem, koszule z długimi rękawami, spódnice czy tuniki często były w kolorze niebieskim, a na głowę zakładały kaptur lub białą chustę, Tres Riches Heures du duc de Berry, Chantilly, ok 1410-1416. 

Zęby mi ścierpły, zarówno jako (amatorskiemu) historykowi ubioru, jak i filologowi (wychodzi na to, że tuniki miały głowę, na którą zakładały kaptur).
No, ale zacisnęłam zęby. OK, powiedzmy, że to praca historyczna, a nie kostiumologiczna (choć korekta mogłaby przynajmniej na gramatykę spojrzeć).

Dalszy rozdział, Heretyczki i czarownice - może być ciekawie.
I jest, ale nie na taki sposób, jak się spodziewałam... Rozdział otwiera ilustracja:


Prześladowanie czarownic przez spalenie na stosie.
 Na tym nie koniec. Na kolejnych stronach kolejne obrazki:

Lot czarownic na miotłach

Przesłuchanie i badanie czarownicy

Prześladowanie czarownic: próba wody


Obrazki ładne, ale na moje oko w manierze dziewiętnastowiecznej. Cóż, czytam tekst, licząc, że tam znajdę jakieś komentarze do nich. Albo przynajmniej rozdział zakończy się jakąś "współczesną recepcją zjawiska". Nie kończy się. Hmm... w końcu czytam publikację naukową, a nie książeczkę dla dzieci, więc zerknijmy do indeksu!

Patrzę. I widzę następujące hasła indeksu:
Prześladowanie czarownic przez spalenie na stosie, w: www.deutschland-im-mittelalter.de
Lot czarownic na miotłach, w: www.deutschland-im-mittelalter.de
Przesłuchanie i badanie czarownicy, w: www.deutschland-im-mittelalter.de
Prześladowanie czarownic: próba wody, w: www.deutschland-im-mittelalter.de

To wszystko!  Żadnego odesłania do źródła, żadnej informacji poza adresem strony, z której obrazki zostały ściągnięte. Nawiasem mówiąc, w książce zostały też obcięte - tak, żeby usunąć naniesiony na nich adres.
(Ja, ściągnąwszy obrazki z tej samej strony, adresu nie usunęłam - stąd jego obecność.)

Weszłam na tę stronę. Pomimo mojej zerowej znajomości niemieckiego (no, byłam w stanie znaleźć słowo Hexen w spisie treści), w ciągu dziesięciu minut miałam obrazki wraz z ich twórcami. Oczywiście, dziewiętnasty wiek - drzeworyty według obrazów Gustava Spangenberga (1828-91), Ferdinanda von Piloty'ego (1828-95) i Georga Franza (1865-1912). Deutschland-im-mittelalter.de podaje nazwiska i inicjał imienia tych twórców, więc ustalenie reszty naprawdę nie wymagało wiele.

Ale wyraźnie za wiele, by oczekiwać tego w publikacji akademickiej. Nie wspomnę już o tym, że marzyłoby mi się przynajmniej podanie źródła ilustracji (adres strony z której obrazek został ściągnięty, to nie żadne "źródło", tylko medium pośredniczące, jak - dajmy na to - www.freha.pl).

Metodologia? Wklejony przypadkowy obrazek ze strony, która ma w nazwie "mittelalter", bez śladu weryfikacji. Cel? Chyba nabicie paru dodatkowych stron, bo do wartości naukowej dzieła te dziewiętnastowieczne fantazje nic nie wnoszą. Gorzej - wiele mu ujmują. O ile w tekście autor zaznacza, że wbrew popularnemu mniemaniu średniowiecze wcale nie było epoką prześladowań czarownic - te nastały później - to ekspresyjne, trzeba im przyznać, ilustracje pozostawiają czytelnika z wrażeniem zgoła przeciwnym. No, bo skoro książka jest o średniowieczu, napisana przez uznanego naukowca, i pokazuje takie obrazy bez żadnego weryfikującego komentarza - to znaczy, musieli palić te czarownice!

Salceson, proszę państwa. I świńskie ucho w galarecie. Ale to, co dobre jako zakąska, niekoniecznie dobre bywa w nauce. Jeśli autor dla jakiejś przyczyny potrzebuje (?) umieścić w pracy dotyczącej średniowiecza ilustracje dziewiętnastowieczne, a nie informuje o tym jasno czytelnika, to pakuje w salceson już nie ucho czy inną wątpliwą garmażerkę ,ale taką oto świnię:

Całkiem sympatyczna, prawda? Ale nie w salcesonie.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Małgorzata Grupa: Wełniane tekstylia pospólstwa i plebsu gdańskiego (XIV-XVII w.) i ich konserwacja - recenzja książki


Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2012, stron 290 + 30 bibliografia


Praca wyraźnie podzielona jest na części - po wprowadzeniu w tematykę i historii badań następuje analiza źródeł archeologicznych (strony 32 - 60), następnie opis technologii tekstylnych, odnoszący się nie tylko do Gdańska, lecz ogólnie do Europy późnośredniowiecznej i wczesnonowożytnej  (strony 61 - 208). Autorka przywołuje tu konkretne gdańskie znaleziska, lecz skupia się przede wszystkim na syntezie źródeł pisanych, ikonografii, i wcześniejszych opracowań.
Z punktu widzenia rekonstruktora interesującą będzie analiza większych fragmentów ubrań, w tym niemal kompletnej sukienki dziecięcej (strony 209 - 249).
Ostatnia wreszcie część to opis technik konserwatorskich, zastosowanych wobec znalezisk.

Przy wstępnej lekturze książka zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Spójna kompozycja pracy, żywy język, a zarazem obfitość danych. Podając - bardzo liczne - informacje wykraczające poza ścisły przedmiot analizy, autorka powołuje się na źródła, zaś informacje własne popiera solidnym opracowaniem materiału.

Zestawienia i tabele pozwalają czytelnikowi łatwo ustalić nie tylko to, że dany typ tkaniny "występował" w danym miejscu i okresie, ale i jego popularność na tle innych typów. Uważam tę cechę za bardzo ważną szczególnie dla rekonstruktorów, którzy mają tendencję do "uniwersalizacji" pojedynczych znalezisk. Tymczasem praca Małgorzaty Grupy pozwala łatwo spostrzec, jaka była na danym obszarze proporcja np. tkanin barwionych do niebarwionych, folowanych do niefolowanych, poszczególnych splotów tkackich do innych.

Autorka dokładnie analizuje znalezione fragmenty tekstyliów - poczynając od prawdopodobnego typu owcy, jaka dostarczyła na nie wełny, poprzez grubość i skręt przędzy, do typu i gęstości splotu tkackiego i dalszej obróbki tkaniny. Wielkim atutem pracy są również bardzo dobrej jakości kolorowe zdjęcia - w zbliżeniach fragmentów tkanin można bez problemu zobaczyć nie tylko splot tkacki i skręt przędzy, ale nawet pojedyncze włosy wełny! Pewnym brakiem jest brak skali przy części zdjęć. Oprócz fotografii znalezisk, praca jest ilustrowana przedstawieniami ikonograficznymi z epoki - w większości także w kolorze, oraz rysunkami.

Najobszerniejszą część pracy autorka poświęciła technikom obróbki wełny, począwszy od pozyskiwania jej z owiec, poprzez wstępną obróbkę i przędzenie, aż do tkania i wykańczania materiału. Autorka omawia także barwienie tkanin, wytwarzanie pasamonów, technikę igłową i dziewiarstwo. Opisując te techniki, przywołuje konkretne gdańskie znaleziska, w tej części służą one jednak bardziej jako ilustracja kolejnych etapów produkcji, niż przedmiot analizy sam w sobie. Tak więc czytelnik może się tu dowiedzieć, jak przędziono wełnę, jak ją barwiono, jak tkano krajki na tabliczkach, a jak na bardku, na czym polega technika igłowa i w jakim splocie wykonane zostały gdańskie znaleziska tejże techniki.

Jak widać, autorka nie zakłada automatycznie, że czytelnik z góry posiada znajomość technik tekstylnych, i chce mu je przybliżyć w powiązaniu z konkretnymi znaleziskami. Jednak stosunek obszerności tych "wprowadzeń ogólnych" do analizy konkretnych obiektów archeologicznych każe przypuszczać, że celem autorki było nie tylko opracowanie znalezisk, ale stworzenie syntezy wiedzy na temat historycznych tekstyliów wełnianych, a w szczególności technik ich wytwarzania. Byłby to cel bardzo ambitny, wymagający obszernej wiedzy. Na ile udało się go osiągnąć Małgorzacie Grupie?

Niestety w tym momencie muszę przejść do uwag mniej pochlebnych. O ile analiza samych znalezisk spełniła wszystkie moje oczekiwania, a nawet poza nie wykroczyła, to w zakresie syntezy innych opracowań i źródeł pozaarcheologicznych autorce zdarzają się błędy, jakie doświadczonemu archeologowi specjalizującemu się w tekstyliach zdarzyć się nie powinny.

Głównie są to błędy terminologiczne - można by je właściwie nazwać nieścisłościami, jednak dla odbiorcy wprowadzającymi w błąd.
        Błąd pomniejszego kalibru (być może edytorski, nie pochodzący od autorki) to np. używanie nazwy "kępa" na określenie krótkiego, nieprzędnego włosa o grubym rdzeniu (s. 36) - prawidłowa nazwa, przyjęta w międzynarodowej terminologii włókienniczej, to kemp.
         Na stronie 62 znajdujemy informację: "Hodowano owcę typu świniarka i jej odmianę wrzosówkę". Zdanie to niesie błąd podobnego kalibru, co stwierdzenie "jamnik to odmiana pudla". W rzeczywistości świniarka i wrzosówka to dwie różne rasy owiec (czyli o poziom wyżej, niż odmiana), i to nawet nie będące szczególnie bliskimi sobie - wrzosówka należy do owiec krótkoogoniastych północnych, i bliżej jej np. do rodzimych ras Skandynawii, niż do świniarki - owcy klasyfikowanej zwykle jako długoogoniasta lub przejściowa (Kawęcka 2001).
          W tekście (str. 66 i dalej) autorka używa nazwy "wyczeski" dla określenia wełny pozyskiwanej z owiec naturalnie liniejących. Problem w tym, że termin ten ma już przyjęte we włókiennictwie określone znaczenie - krótkie włókna powstające jako odpad przy przerobie czesankowym.(Michałowska 2006, s.453).
         Na stronie 133 czytamy: "biorąc pod uwagę materiały pozyskane z dzielnic rzemieślniczych Gdańska, należy zweryfikować twierdzenie Mączaka , że w omawianym okresie wszystkie lub prawie wszystkie sukna były folowane ". O ile odkrycie M. Grupy, dotyczące bardzo wysokiej frekwencji w znaleziskach tkanin niefolowanych, jest bardzo istotnym dla obrazu ubioru niższych warstw społecznych, o tyle ma się ono nijak do twierdzenia Mączaka z prostego powodu - sukno jest z definicji tkaniną folowaną (ibid. s.371). A więc nie było sukien niefolowanych - taka tkanina po prostu nie jest suknem.

Pora przejść do błędu, który mnie najbardziej poraził.
            Omawiając barwniki używane w gdańskim farbiarstwie, autorka  powołuje się na siedemnastowieczną ordynację władz miejskich, zakazującą używania substancji uważanych za barwniki niskiej jakości, i wymienia wśród nich (s.115) - anilinę - barwnik, jak wiadomo, a przynajmniej powinno być wiadomo nawet uczniowi liceum, zsyntezowany dopiero w XIX wieku. To właśnie anilina przyniosła rewolucję w farbiarstwie, związaną z dostępnością tanich, trwałych i jaskrawych barwników.
        Źródło tego błędu łatwo wytropić. Anilinę zsyntezowano niezależnie od siebie w kilku różnych ośrodkach (stąd podawane bywają różne daty, jako najwcześniejszą przyjmuje się 1826 roku). Jeden z pracujących nad nią chemików, Carl Julius Fritzsche, otrzymał tę substancję, działając wodorotlenkiem potasu na indygo otrzymane ze znanej cywilizacjom Mezoameryki rośliny  Indigofera suffruticosa, dawniej Indigofera anil, lub krótko Anil. Od niej wywodzi się nazwa aniliny.
           Zważywszy, że cechy i władze miejskie sporej części Europy zakazywały używania innych źródeł niebieskiego barwnika, niż urzet, zakaz stosowania indygo otrzymanego z Indigofera anil w Gdańsku jest bardzo prawdopodobny. Z całą pewnością nie mogło natomiast chodzić o syntetyczny barwnik nie istniejący jeszcze przez dwa następne stulecia, i dla specjalistki zajmującej się historią tekstyliów powinno to być oczywiste!

      Dla czytelnika głębiej zainteresowanego historia ras owiec poważną usterką pracy będzie brak zasygnalizowanego rozróżnienia pomiędzy rasami współczesnymi i dawnymi.
Analiza składu dawnych tekstyliów poprzez zestawianie ich ze składem runa ras współczesnych jest  praktyką powszechnie przyjętą za brytyjskim zoologiem M.L.Ryderem (choć stawia mu się zarzut, że nie docenił roli świadomego sortowania runa przed przędzeniem). W Polsce praktykę te stosuje przed wszystkim J. Maik - w swych pracach zaznaczający jednak, że ta metoda ma charakter porównawczy. Innymi słowy, możemy mówić, że dane znalezisko np. składa się z wełny w typie merynosa, a nie - że jest z merynosa (tego tak naprawdę nie możemy wiedzieć na podstawie samej analizy składu wełny - mogła to być inna owca cienkorunna, o zupełnie innym pochodzeniu, budowie ciała, wyglądzie...).

Małgorzata Grupa niestety nie poczyniła tego zastrzeżenia. W rezultacie czytamy u niej: "Z całą pewnością te miękkie, elastyczne paski tekstylne wykonane były z wełny owcy pomorskiej lub mazurskiej" (s.204).

 Z całą pewnością nie były - jeśli rozumieć to zdanie dosłownie. Owca pomorska w znaczeniu takim, jakie przyjmuje się dziś powszechnie w Polsce, to rasa wyhodowana zaledwie w okresie międzywojennym, a skonsolidowana po II wojnie światowej - biała owca długowełnista o runie jednolitym. Z oczywistych przyczyn jej wełna nie mogła się znaleźć w średniowiecznych tekstyliach.
Druga możliwość - to owca niegdyś występująca na Pomorzu, dziś hodowana zachowawczo w Niemczech, znana jako Raughwollige Pommersche Landschaf  (w tłumaczeniu: szorstko- lub grubowłosa pomorska owca rodzima) - rasa kolorowa, o okrywie mieszanej, optycznie przypominająca "uszlachetnioną" wrzosówkę.
Fakt, że wspomniane w tekście krajki tabliczkowe zawierały duży procent włókien rdzeniowych, każe przypuszczać, że o taką owcę chodziło autorce. W pracy naukowej wskazane byłoby jednak, aby czytelnik nie potrzebował się domyślać, "co autor miał na myśli".
Owca pomorska - źródło: http://www.bioroznorodnosc.izoo.krakow.pl/node/26



Owca pomorska dawnego typu - źródło http://www.pommernschaf-ruegen.de/

Można mieć zastrzeżenia do powtarzania arbitralnych stwierdzeń typu: "Oczywiście, jak to bywało z wynalazkami, wystąpiono przeciw używaniu nowego urządzenia [kołowrotka - przyp. mój] do snucia osnowy, ponieważ zagrażało to interesom prządek wykonujących tę czynność na wrzecionie (...) Kołowrotek był dozwolony do przędzenia wątku" (s. 86). Aż chce się zapytać, dlaczego to kołowrotek nie zagrażał interesom prządek wykonujących wątek (i czy rzeczywiście były to dwie różne grupy, jak można z tego wnioskować)? Przyczynę oporu wobec wprowadzenia kołowrotków do przędzenia osnowy, przy dopuszczeniu przędzenia na nich wątku, wyjaśnia J.Munro, a za nim inni autorzy. Wyjaśnienie to znajduje potwierdzenie ze strony osób zajmujących się przędzeniem praktycznie. Otóż średniowieczny kołowrotek, pozbawiony mechanizmu nawijającego przędzę i napędu nożnego uwalniającego drugą rękę prządki, daje przędzę nierówną i mało wytrzymałą, nie spełniającą wymagań stawianych osnowie.

Zastanawia stwierdzenie "Filc wytwarzany był z długich włókien czesanych, z których wyczesane zostały krótkie włókna" (s. 160). O ile mogło tak być w pojedynczych przypadkach, to jako generalizacja takie stwierdzenie jest zupełnie sprzecznym z większością ustaleń dotyczących historycznej produkcji filcu (I. Turnau chociażby), a sugeruje wiedzę nabytą za pośrednictwem współczesnych filcowników artystycznych, pracujących istotnie z przemysłową czesanką. Tymczasem historyczną tendencją było wykorzystywanie do filcu włókien krótkich, źle nadających się do przędzenia (Turnau s.90), przygotowywanych techniką zgrzebną, a nie czesankową. (Turnau zostaje zresztą wymieniona w bibliografii - obejmującej jeszcze tylko trzy inne pozycje skupiające się na filcu - w tym Feltmaking autorstwa Beverly Gordon, autorki zdecydowanie zajmującej się filcownictwem "artystycznym", a nie historycznym).

Czy takie błędy przekreślają wartość książki? Zdecydowanie nie. Podważają jednak przydatność obszernej części syntetycznej - osoba, dla której zawarta w niej wiedza będzie nowością, nie jest w stanie samodzielnie zauważyć zawartych w niej błędów. Z kolei czytelnik bardziej zorientowany, który zauważy w tekście naukowej publikacji błąd tak podstawowy, jak umieszczenie aniliny w XVII wieku, łatwo może na jego podstawie zniechęcić się do skądinąd wartościowej pracy.
Nie umniejsza to wartości analizy znalezisk, i można żałować, że autorka nie poświęciła więcej objętości pracy właśnie tejże analizie (np. bardzo interesujący wątek badań M.Grupy poświęconych rozróżnianiu  wełny barwionej w tkaninie od barwionej wcześniej został zaledwie zasygnalizowany (s. 110).
Pokazane przeze mnie usterki pracy mają charakter głównie błędów i nieścisłości terminologicznych - wypada tylko żałować, że nie zostały usunięte podczas redakcji naukowej, i mieć nadzieję na ich korektę w przyszłości.

Ogólnie - zakupu tej pozycji nie żałowałam ani przez chwilę, i uważam ją za niezbędną w biblioteczce każdej osoby zajmującej się ubiorem niższych warstw społecznych na naszych terenach w końcu średniowiecza i wczesnej nowożytności. Czytać ją trzeba jednak z pewną doza krytycyzmu, zwłaszcza w kwestiach wykraczających poza gdańskie wykopaliska.




 

Kawęcka Aldona: Charakterystyka populacji owiec rasy świniarka, (w) Wiadomości Zootechniczne, R. XLIX (2011), 1: 5–10 

Michałowska Marta: Leksykon włókiennictwa, Warszawa 2006

Munro John: The Rise, Expansion and Decline of the Italian Wool-based Cloth Industries, 1100-1730. (w) Studies in Medieval and Renaissance History, 3rd Series, Vol. 9 (2012)

Munro John: Three Centuries of Luxury Textile Consumption in the Low Countries
and England, 1330–1570: Trends and Comparisons of Real Values
, (w:) The Medieval Broadcloth
Changing Trends in Fashions
, Manufacturing and Consumption, Oxford 2009

Ryder Michael L.:  A survey of European primitive breeds of sheep, 1981

Turnau Irena: Hand-felting in Europe and Asia from the Middle Ages to the 20th Century, Warszawa 1997