W rekonstrukcji ważnym jest nie tylko odtworzenie wykonania, funkcji i wyglądu przedmiotu, ale i odpowiednie dopasowanie tychże do siebie - oraz do odtwarzanej postaci. Najpiękniej zrekonstruowany hełm z Sutton Hoo będzie od rzeczy na polach Grunwaldu, ręcznie tkany i barwiony koszenilą jedwab będzie razić w tunice świniopasa, a niebielony len grubości workowej, choćby ręcznie przędziony na wrzecionie, nie nada się na koszulę dla diuka Burgundii...
Tak samo i wełna z owcy wrzosówki nie dla każdego będzie
szczytem koszerności.
W średniowiecznych wyrobach, a nawet wcześniejszych jeszcze wyrobach, pojawia się na naszych terenach wełna owiec cienkorunnych, wyżej ceniona, i preferowana
przez bogatszych. Późniejsze średniowiecze i okres wczesnonowożytny, z rozwijającym się handlem, przynoszą coraz łatwiejszy dostęp do importów wełen szlachetnych - już nie tylko dla ścisłych elit społecznych, ale i dla lepiej sytuowanego rzemieślnika, przynajmniej na strój odświętny. Kto nosił wełnę z owiec w typie wrzosówki? Ano, przede wszystkim
biedota, zwłaszcza wiejska - bazująca nie na kupnie tkanin, tylko na wełnie z owiec własnej (lub sąsiedzkiej) hodowli.. I to w takim stopniu, że wręcz do języka wszedł termin
"szaraczkowa szlachta" - od ubiorów z naturalnie szarej wełny.
A
o ile żupana z wrzosówkowego samodziału nie podejmuję się zrobić, to
inny element ubioru gołoty z Rzeczpospolitej Obojga Narodów - jak
najbardziej. A mianowicie nakrycie głowy. Bo ta wełna aż się prosi, by
spróbować wykonania z niej magierki. Takiej w pierwotnej formie - nie
dzianej, jaka przetrwała w strojach ludowych, tylko wykonanej w całości z
filcu.
W ikonografii (Rolka Sztokholmska przede wszystkim) dominują magierki w barwie czarnej. Potwierdzają to źródła pisane - Drążkowska (2012), cytując za Inwentarzami mieszczańskimi, wspomina o poznańskim czapniku Macieju Dawidzie, który to miał "magierek farbowanych 57, naszywanych magierek niefarbowanych 3, magierek jeszcze niefarbowanych 23".
U mnie tymczasem magierki niefarbowane. I póki co, takie pozostaną. Kolor szary - naturalny wrzosówkowy, wykonane ręcznie od etapu surowego runa. Można taką jaśniepanom czapkować, jako prawdziwy, niefarbowany szarak.
Drążkowska Anna: Ozdoby i nakrycia głowy na ziemiach polskich od X do końca XVIII wieku, Toruń 2012
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rekonstrukcje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rekonstrukcje. Pokaż wszystkie posty
środa, 8 stycznia 2014
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Wrzosówkowe czapki
Od niedawna zaczęłyśmy bawić się wraz z Siostrą w filc. A że kilka wyrobów już mamy na koncie, to przyszła pora, aby się pochwalić (lub na krytykę wystawić).
Czapki wykonane są z wełny wrzosówek - starej rodzimej rasy owiec, należącej do grupy Ovis brachyura borealis (owiec krótkoogoniastych północnych - nieco to śmieszne, ale u owiec pokrewieństwo między rasami rozpoznaje się m.in.właśnie po... długości ogona, i stąd wiadomo, że nasza wrzosówka jest bliską krewniaczką rodzimych ras skandynawskich).
Jest to owca o runie mieszanym - to znaczy, że obok miękkiego włosa puchowego w jej runie występują grube i twarde włosy posiadające w środku pusty rdzeń - tzw. włosy rdzeniowe. Dla użytkownika oznacza to jedną istotną rzecz - taka wełna "gryzie". Co akurat w przypadku czapek nie jest najcięższym problemem, wyjąwszy może łysych...
Włos rdzeniowy sam nie ulega filcowaniu, ale w połączeniu z puchowym tworzy sztywne "rusztowanie", które sprawia, że wyroby z takiej wełny są mniej rozciągliwe a bardziej sprężyste, trudniej poddają się modelowaniu kształtu, za to lepiej zachowują kształt już nadany, znacznie mniej kompresują się pod naciskiem. Ponieważ tylko puchowa frakcja włosa w runie wiąże się w filc, nadanie wyrobowi z runa mieszanego odpowiedniej zwartości wymaga więcej pracy, niż przy runie czysto puchowym. Za to noszący kapelusz nie musi się obawiać, że na deszczu rondo obwiśnie mu jak zepsuta parasolka...
Badania (Irena Turnau) potwierdzają powszechność wykorzystania w filcownictwie run mieszanych, zarówno ze względu na właściwości użytkowe, jak i dlatego, że droższe wełny jednolite wykorzystywano przede wszystkim w tekstyliach.
Delikatniejsza jest wełna jagnięca, zestrzyżona, gdy jagnięta mają około pół roku. Różni się też nieco odcieniem - noworodki wrzosówki rodzą się czarne, i w pierwszych miesiącach życia zmieniają kolor na zwykły dla tej rasy szary, ale runo z półroczniaka jest jeszcze ciemniejsze, niż będzie w dorosłości. Rzadko zdarzają się w tej rasie owce nie siwiejące - ich czarne runo z czasem tylko rudzieje, z wiekiem zyskując odcień brązowawy.
![]() |
| Od lewej: owca biała, typowa wrzosówka, wrzosówka czarna |
Nasze filce zostały wykonane całkowicie ręcznie, od etapu surowego runa. Ponieważ mamy je z własnych owiec, możemy zadbać o względną czystość panienek, i nie potrzebujemy do prania żadnych zjadliwych detergentów. Niezjadliwych też nie - wystarcza podgrzana woda. Spora część lanoliny zostanie potem usunięta w procesie filcowania, ale taka wełna, inaczej niż przemysłowo odtłuszczona czesanka, zawsze zachowuje odrobinę naturalnego owczego tłuszczu. Poprawia to jej trwałość i sprężystość, a dodatkowo wodoodporność (ale nie należy oczekiwać, że walonki będą zachowywać się jak kalosze - pod naciskiem filc prędzej czy później przepuści wodę na wylot. Co innego noszona na głowie czapka).
Wyprane runo gręplujemy przy pomocy ręcznych grzebieni lub zgrzebeł (foto nastąpi).
Filcowanie odbywa się przy użyciu wody, mydła i własnych bicepsów. A tak wyglądają efekty:
Model 1
Czapka w formie zaokrąglonego stożka, przez Marca Carlsona łączona z XIV wiekiem, zwłaszcza z jego drugą połową. Przegląd ikonografii potwierdza to datowanie, i pozwala nawet je nieco rozszerzyć.
![]() |
| John Gower: Vox clamantis, Anglia, koniec XIV w. |
![]() |
| 1a.Wrzosówka, wełna jagnięca |
![]() |
| 1b. Wrzosówka dorosła, czapa trochę niższa |
![]() | ||||||
| 1c. Wrzosówka - czapka na płasko wydaje się jeszcze niższa, w rzeczywistości kształt podobny do 1b |
Model 2
Czapka-kapelusz z asymetrycznie wywiniętym rondem. Nakrycia głowy w takim typie można zobaczyć u oracza w Godzinkach księcia de Berry (miesiące - marzec) - poniżej detal:
I u Dürera:
A oto nasza - pierwsze podejście do tego typu. Kapelusz był robiony na głowę większą, niż u pozującej modelki; przy tym fasonie rozmiar można swobodnie regulować głębokością wywinięcia, oczywiście przy mniejszej głowie skutkuje to szerszym rondem i bardziej "kapeluszowatą" prezencją, przy większej rondo będzie mniejsze, wygląd bardziej "czapkowaty".
Model 3
Czapka niska okrągła - może być jeszcze niższa, do noszenia bez wywiniętego brzegu.
To be continued...
środa, 20 listopada 2013
Ręcznie wykonane...
Mając lat dwanaście czy może trzynaście zrobiłam sobie łuk z patyka. Jak wiadomo, łuk wymaga strzał, a strzały wymagają grotów. Próbowałam wówczas różnych wynalazków, których nie będę tu przytaczać, bo równie daleko im było na ogół i do jakiejkolwiek historyczności, i do elementarnej BHP. Dość, że jedno z rozwiązań podsunęło mi znalezienie porządnego kawałka aluminiowej blachy. Można ją było ciąć, szlifować, zwijać... Czy aluminiowe groty sprawdzały się dobrze w użyciu, to inna sprawa. Ale na pewno, z punktu widzenia trzynastolatki, aluminium doskonale sprawdzało się jako materiał w obróbce.
Tylko czemu piszę o tym na blogu poświęconym rekonstrukcji historycznej?
A temu, że moje aluminiowe groty niewątpliwie były przykładem "przedmiotów ręcznie wykonanych".
W ruchu rekonstrukcyjnym właściwie od początków jego istnienia istnieje powszechne założenie, że przedmiot ręcznie wykonany jest z definicji bliższym oryginałowi, niż wykonany maszynowo. A więc jeśli nóż czy miecz, to kuty przez kowala młotkiem, jeśli drzewce, to ręcznie strugane, jeśli ubranie, to ręcznie szyte, a jeszcze lepiej - z materiału ręcznie tkanego z nici przędzionych na wrzecionie. I w zasadzie nic, tylko przyklasnąć. Odtwarzając dany przedmiot ręcznie, nie tylko uzyskujemy efekt bliższy oryginałowi (wizualnie i funkcjonalnie), ale też praktycznie poznajemy proces jego wytwarzania, weryfikujemy domysły i przekazy źródłowe, mamy okazję poznać rzeczywisty wkład pracy. To wszystko nie ulega wątpliwości.
Casus I.
Rzemieślnik sprzedaje krajki "zawierające do 50% wełny" (pomijam fakt, że od razu przypomina się "może Pan u nas zarobić do 8.000 zł"). Na uwagę, że mogłyby być wykonane z wełny 100%, odpowiada:Jest możliwość wykonania krajek z czystej wełny ale ceny napewno przekroczyłyby 100% dotychczasowych. Poza tym kolory nie byłyby tak intensywne, i oczywiście krajka byłaby bardziej "kosmata" i grubsza.Po pierwsze: krajka wcale nie byłaby ani bardziej kosmata, ani grubsza za sprawą użycia wełny 100% - może zdumiewające, ale puszystość wyrobu zależy od skrętu przędzy, a grubość tego wyrobu... tak, zgadli Państwo - od tejże przędzy grubości. Po drugie: kolory mogłyby być równie intensywne, chemiczne farbowanie pozwala osiągnąć na wełnie barwy równie żywe, jak na akrylu, kto nie wierzy, niech obejrzy ofertę dowolnego sklepu z czesankami. Po trzecie - gdyby jednak nie były równie intensywne, to chyba dobrze? Wszak miały to być średniowieczne krajki, a nie tęcza z kreskówki o jednorożcach?
To jednak, co mnie najbardziej zdumiało, to deklaracja, że ceny przekroczyłyby 100% dotychczasowych. Ciut dla mnie niejasna - jeśli chodzi o nieznaczną podwyżkę ponad obecną cenę wynoszącą 100%, to chyba nie jakiś straszny ból - a jeśli o przeszło +100%, to ileż ta czysta wełna musiałaby być droższa od mieszanki, by uzasadnić taką różnicę w cenie gotowego wyrobu? Jeśli nawet dwukrotnie - to znaczy, że rzemieślnik traktuje swoją pracę jako wartość ujemną. Hmm...
Casus II
- Właśnie przędę wełnę, będzie na igłową czapkę - chwali mi się znajoma. Pytam, z jakiej wełny. - Kupiłam piękną czesankę, baby merino superwash - oznajmia, i dziwi się mojej skrzywionej gębie.Czemu się krzywię? Już nawet nie nad tym jagnięciem merynosowym (choć znajoma celuje w prostą Słowiankę z podgrodzia, i takie luksusy to powinna z daleka na żonie kniazia najwyżej oglądać), ale nad superwash. Co to takiego?Powierzchnię włosa wełny pokrywają drobne łuseczki, które otwierając się, a następnie zamykając, wiążą włosy pomiędzy sobą - tak dochodzi do filcowania. Przy współczesnych wyrobach dziewiarskich na ogół sobie go nie życzymy, stąd powstała wełna superwash - na niej te łuseczki zostały albo rozpuszczone kwasem, albo powleczone warstewką polimeru - w obu przypadkach eliminując możliwość wiązania się włosów między sobą. Pozwala to prać wełnę bez obaw o jej sfilcowanie. Zapewne dobry pomysł na współczesne ciuchy użytkowe (choć można się zastanawiać, na ile wełna w "polewie" z polimeru to jeszcze wełna). Ale czy coś, co nie zachowuje się jak historyczna wełna... jest dobrym substytutem historycznej wełny?
Casus III
Tu zamiast opisu zdjęcie. Prosto ze strony filcownika, którego wyroby pokazują skądinąd przyzwoite rzemiosło. I tak, te wyroby były prezentowane jako historyczne, nie jako rzeczy do użytku "pozarekonstrukcyjnego".Czy naprawdę spośród wszelkich dostępnych kolorów i odcieni czesanki trzeba było wybrać akurat TEN?
Jeśli już ma być żywa zieleń, to niechby w kolorze "Lincoln green" (rezeda barwierska i urzet), à la Robin Hood, a nie fluorescencja dobra dla pani przeprowadzającej przedszkolaki przez pasy.
Nie czepiam się (przynajmniej tu i teraz!) czesanki z merynosa - choć uczepić jej się można, większość historycznych wyrobów filcowych wykonywana była z wełen niższej jakości, mieszanych, o grubszym mikronażu. Ale o te trochę trudniej w handlu, wymagają więcej pracy i doświadczenia przy filcowaniu. Podobnie jak nie myślę potępiać kogokolwiek, kto szyje cote z elanowełny 60% na maszynie, i okłada przeciwników mieczem maszynowo szlifowanym z płaskownika. Większość osób, w tym i ja, w większość swych "historycznych" rzeczy włożyć może i chce ograniczony zasób czasu i środków!
Ale jeśli już podejmujemy się ręcznego wykonania jakiegoś detalu od podstaw, a przynajmniej od wczesnego etapu - zadbajmy nie tylko o "ręczną robotę", ale o przynajmniej w miarę przyzwoity surowiec. Spędzanie godzin nad krajką z poliestru, pracowite ręczne filcowanie czy przędzenie czegoś, co może i pochodzi z owcy, ale już dawno zostało przetworzone ponad wszelkie podobieństwo do naturalnej wełny, ma tyle wspólnego z rekonstrukcją, co moje szczenięce groty ręcznie wycinane z aluminiowej blachy.
Czasem lepiej nawet mieć coś wykonane maszynowo, za to z sensownego surowca - niż marnować czas i umiejętności na coś, co i tak w życiu "historycznie" wyglądać nie będzie.
A więc, o ile nie jesteśmy wyznawcami teorii reinkarnacji święcie przekonanymi, że odrodzimy się znów w rekonstruktorskiej skórze - szanujmy swoje życie, bo mamy tylko jedno!
wtorek, 23 lipca 2013
"Tani len"...?
Tekst na podstawie:
Bo Ejstrud: From Flax to Linen. Experiments with flax at Ribe Viking Centre
Próba rekonstrukcji koszuli z Viborga
Nie będę ukrywać - do tego tekstu zainspirował mnie Fiolnir, a dokładniej jego tekst kwestionujący używanie przeszywanic we wczesnym średniowieczu (polecam!). Skupił się w nim na źródłach - a raczej ich braku, i na aspekcie praktycznym, ale wspomniał też o argumencie "bo zbroja z materiału była tania", oczywiście po to, by go obalić.
Zajmując się od paru ładnych lat tekstyliami, zarówno teoretycznie, jak i praktycznie, mogę powiedzieć to samo: tekstylia nie były tanie. Obecne ceny sklepowe nie dają żadnego pojęcia o historycznej wartości i nakładzie pracy. Można by sądzić, że lepszym wyznacznikiem będą ceny wełen ręcznie tkanych, oferowanych przez kilku sprzedawców rekonstruktorom historycznym i ludowym. Zaznaczam - dotyczy to tkanin wełnianych. Lny ręcznie przędzione i tkane, w jakie czasem można się zaopatrzyć w Polsce, to bez wyjątku relikty "lepszych czasów", utkane w innej epoce, w innych realiach ekonomicznych i przez osoby myślące jeszcze innymi kategoriami, niż dziś. Zaś co do dziś oferowanych wełen ręcznie tkanych, są one:
1. Wykonane z czesanki przygotowanej maszynowo
2. Przędzione na kołowrotkach konstrukcji XIX-wiecznej
3. Tkane na krośnie poziomym
Nie piszę tego, by dyskredytować ich "koszerność" - jako prządka nie widzę różnicy właściwości między przędzą dobrze wykonaną na wrzecionie, i na kołowrotku. Ale już na tym jednym, najbardziej pracochłonnym etapie jest to około sześciokrotna oszczędność czasu (dane za J.Munro, moja praktyka nie jest z nimi sprzeczna - wszystkie prządki zapraszam do dzielenia się swoimi doświadczeniami).
A jak to wygląda, gdy musimy wziąć pod uwagę:
1. Ręczną obróbkę włókna
2. Przędzenie na wrzecionie
3. Tkanie na krośnie pionowym?
Sama nie czuję się na siłach odpowiedzieć sobie na to pytanie - może na emeryturze, jeśli niebiosa pozwolą zachować sprawność ręki i umysłu.... Małe próbki, na jakie ewentualnie mogłabym sobie pozwolić, nie dają dobrych informacji - z jednej strony, na godzinę pracy można sprężyć się do tempa nieosiągalnego w dłuższej perspektywie. Z drugiej, dopiero długotrwała powtarzalność czynności daje odpowiednią praktykę. Sama przędę na kołowrotku, wrzecionem umiem się posłużyć na poziomie dość podstawowym, i nie czuję się przy chęciach poświęcać mu... no właśnie, dalej w tekście okaże się, ile czasu...
Dlatego z wielkim zainteresowaniem przeczytałam tekst From Flax to Linen. Experiments with flax at Ribe Viking Centre pod redakcją prof. Bo Ejstrud (autorzy: Bo Ejstrud, Stina Andresen, Amanda Appel, Sara Gjerlevsen, Birgit Thomsen). Jego przedmiotem jest archeologia doświadczalna w najlepszym wydaniu: próba rekonstrukcji całości procesu wykonania znanej koszuli z Viborga. Eksperyment został przeprowadzony w Ribe pod nadzorem naukowców z Uniwersytetu Południowej Danii w roku 2010.
Zgodnie z wykrojem, jaki proponuje M. Fentz (En hørskjorte fra 1000-årenes Viborg, 1988) założono, że jej wykonanie wymaga płatu lnu o długości 2,36 m i szerokości 95 cm - łącznie 2,242 metra kwadratowego.
Od początki założeniem projektu nie było całościowe wykonanie wszystkich etapów (od pola lnu do gotowej koszuli z tego samego surowca), lecz raczej stworzenie reprezentatywnych próbek dla każdego etapu, tak, aby możliwa była ocena całkowitego wkładu pracy i czasu.
Teren przygotowany pod uprawę i obsiany lnem miał powierzchnię 56,3 m2. Orka została wykonana ciągnikiem, jednak czas potrzebny do uprawy ziemi oszacowano według możliwości zaprzęgu wołów (posiadanego i używanego przez Centrum podczas innych prac).
Na jednym z czterech pasków poletka doświadczalnego zastosowano sztuczny nawóz azotowy, resztę nawieziono tylko obornikiem. Nie używano żadnych insektycydów ani herbicydów, odchwaszczając len ręcznie. Poletko dało 54.5 kg słomy lnianej.
Len został dosuszony na kozłach, i odziarniony na grzebieniu. Po tych etapach pozostało 25.6 kg suchej słomy - wynik porównywalny z danymi dla XVIII i XIX wieku (odpowiednio ze Szkocji i Irlandii), prawdopodobnie wysoki, ale w granicach możliwości dla wczesnego średniowiecza. Natomiast jakość włókna była niezadowalająca - w części nawiezionej sztucznie praktycznie nie do wykorzystania, w pozostałych także poniżej wymagań rekonstrukcji tej koszuli. Poletko zostało użyźnione zbyt mocno, ponadto pogoda w roku 2010 była niesprzyjająca - obfite deszcze późnym latem. Dlatego dalej w projekcie używano głównie słomy lnianej zebranej w Centrum w latach wcześniejszych - 2008 i 2009.
Część słomy lnianej poddano roszeniu, część moczeniu, jednak w późniejszej przeróbce wykorzystano tylko len roszony (ograniczenia czasowe). Po roszeniu len wysuszono na 3 sposoby: w słońcu, w chacie przy piecu, i na rozłożony prętach nad jamą do suszenia lnu, w której rozpalony był niewielki ogień. Trzecia metoda okazała się zdecydowanie najlepsza.
Po wysuszeniu przystąpiono do międlenia słomy, z wykorzystaniem drewnianych bijaków oraz międlicy (wobec braku znalezisk z epoki opartej na późniejszych wzorach). Międlica okazała się znacznie bardziej efektywna, tak pod względem wydajności, jak i jakości otrzymanego włókna. Nieefektywność samego bijaka była tak duża, że dała podstawy do zakwestionowania jego użycia - przynajmniej jako samodzielnego narzędzia. Międleniu poddano łącznie 8 kg 333g słomy, otrzymując 2 kg produktu. Prowadzący eksperyment zauważyli, że czas poświęcany na międlenie takiej samej porcji lnu wydłużał się przy kolejnych porcjach - oznaka, że poznając lepiej pracę, wykonywali ją dokładniej, niż na początku.
Zmiędloną słomę oczyszczono przez "oskrobywanie" drewnianym nożem na desce. Można to robić też przez trzepanie. Po oczyszczeniu z 2 kg otrzymano 1,533 g.
Do czesania użyto grzebienia będącego repliką znaleziska z Århus Søndervold (X wiek), często opisywanego jako grzebień do wełny. Prowadzący eksperyment założyli, że był to grzebień do lnu, a nie wełny. (W mojej ocenie całe rozróżnienie na "grzebień do lnu" i "grzebień do wełny" może być jak najbardziej współczesnym, a w każdym razie datującym się dopiero od późnego średniowiecza - w X wieku to samo narzędzie mogło jak najbardziej służyć do obu tych surowców).
Oprócz lnu przetworzonego na poprzednich etapach, użyto do czesania także zakupionego lnu trzepanego przetworzonego przemysłowo, jako surowca do treningu i materiału porównawczego
Z 1,067 g lnu własnego po czesaniu otrzymano 492 g lnu czesanego. Reszta to nie w całości odpad - wyczesane krótsze włókna, nie nadające się na replikę koszuli, wciąż mogą być wykorzystane do przędzenia i wykonania grubszych tkanin. Wreszcie paździerze okazały się bardzo dobrym substytutem hubki.
Koszula z Viborga została wykonana z tkaniny o splocie ok. 22 nici na centymetr w osnowie, i celem projektu było odtworzenie tkaniny o podobnej grubości. Oznacza to przeszło 10 km bieżących nici, i w przybliżeniu 14000 m/kg. O ile próby przędzenia podejmowały różne osoby - archeolodzy, pracownicy Centrum, studenci - to dla potrzeb eksperymentu uwzględniono wyłącznie efekty pracy podejmowanej przez doświadczoną prządkę - w czterech próbach, każda z nich trwała 1 godzinę.
Jak widać, tylko w jednej próbie (drugiej) osiągnęła ona wynik bardzo zbliżony do przędzy w oryginale koszuli. Z drugiej strony, nie zlecono jej zreplikowania konkretnej nici, tylko uprzędzenie nici równej i cienkiej, nadającej się na ubranie - jak widać po próbie drugiej, uprzędzenie nici porównywalnej z oryginałem leżało w granicach jej umiejętności, i nie wymagało zejścia poniżej jej zwykłego tempa pracy (długość nici w drugiej próbie jest drugą w kolejności, powyżej przeciętnej dla 4 prób). Na potrzeby dalszych wyliczeń przyjęto średnią z tych czterech prób.
Wyniki otrzymane podczas eksperymentu zestawiono z wynikami prób przeprowadzonych w 2006 r. przez CTR (Center for Textile Research) Uniwersytetu Kopenhaskiego. Dwie eksperymentatorki uzyskały tam następujące efekty: Anne Batzer - 9843.5m/kg, Linda Mårtensson -13284.4m/kg. Jak widać, grubość nici otrzymanej przez Mårtensson jest najbardziej zbliżona do tej w koszuli z Viborga, Batzer także uzyskała nić bardzo cienką, porównywalną z najcieńszą uzyskaną w Ribe. Jednak uzyskały znacznie niższą produktywność w jednostce czasu - Batzer przędła średnio 2.47g i 24.34m nici na godzinę, Mårtensson - 2.5g i 33.29m na godzinę.
Zaznaczając, że przędza była produktem (wedle dzisiejszych kryteriów) doświadczonej prządki, autorzy jednocześnie stwierdzają, że porównywalny poziom reprezentowała przeciętna nastoletnia dziewczyna w XIX wieku - i nie ma powodów sądzić, by 1000 lat temu było inaczej. Natomiast przy próbach wykonywania przędzenia (i wstępnych czynności) przez archeologów, studentów, czy osoby zwiedzające Centrum, wyniki były drastycznie odmienne. Gdyby eksperyment został przeprowadzony przez osoby bez doświadczenia, jego wartość eksperymentalna byłaby prawdopodobnie żadna - jeśli nie liczyć zdobycia doświadczenia przez te osoby.
Do utkania materiału wykorzystana została rekonstrukcja krosna pionowego z Wysp Owczych, opisanego przez M. Hald w 1950. W literaturze pojawiły się opinie kwestionujące możliwość wykonania tak delikatnej lnianej tkaniny na krośnie pionowym, dlatego jednym z celów eksperymentu było sprawdzenie tej możliwości.
Do wykonania tkaniny użyto zakupionej przędzy lnianej przemysłowej półbielonej. Jako osnowy użyto przędzy dwojonej, łącznie odpowiadającej grubością oryginalnej (która była pojedyncza). Poniżej tabele ukazujące czas poświęcony na przygotowanie krosna, i właściwe tkanie (str. 67).
W czasie tkania okazało się, że szerokość tkaniny, oceniona na 95 cm, była zdecydowanie niefunkcjonalna - uniemożliwiała przełożenie czółenka jednym ruchem. Było to możliwe przy szerokości ok. 60 cm - co wymagałoby zrewidowania wykroju tej koszuli przyjętego według opracowania Fentz. Przy szerokości 60 cm plecy i przód koszuli wykorzystałyby całą jej szerokość - natomiast trzeba zwiększyć długość, by umożliwić wykrojenie rękawów.
Len został wybielony na słońcu w ciągu 8 dni - czas niedługi, jednak efekt był już zauważalny.Bielenie dłuższe, z użyciem ługu, z pewnością wymagałoby większego wkładu pracy, niż 1 godzina poświęcona w tym projekcie.
Ze względu na konieczność ukończenia projektu w limicie czasowym, równocześnie z tkaniem materiału na krośnie uszyta została koszula z przemysłowo tkanego materiału o zbliżonej gramaturze i liczbie nici na cm (15 -17, przy równej liczbie w osnowie i wątku - w oryginalnej tkaninie oraz rekonstrukcji wykonanej na krosnach pionowych osnowa miała gęstość 22 nici/cm, wątek był znacznie rzadszy). Wykorzystano wykrój podany przez Mytte Fentz. W sumaryczny czas krojenia i szycia nie wliczono ponad 3 i pół godziny wynikłych z trudności w interpretacji wykroju przez krawcową i naprawy wynikłego z nich błędu. Po wstępnych problemach z odczytaniem kroju, układ elementów i szwów okazał się bardzo logiczny i wręcz intuicyjny, przy tym bardzo skutecznie zabezpieczający brzegi oraz miejsca narażone na przetarcie, i przedłużający trwałość koszuli.
Autorka artykułu, która szyła tę koszulę, zaznacza, że mimo praktyki w ręcznym szyciu, niektóre ze szwów zastosowanych w tej rekonstrukcji były dla niej nowością, i czas, jaki zajęła jej ta praca (blisko 17 godzin) nie powinien być uważany za ostateczny - jednak jest to złożona konstrukcja, i niezależnie od biegłości szwaczki, jej wykonanie wymaga znacznego czasu.
A oto i ogólne zestawienie nakładów czasu poświęconego na wykonanie repliki koszuli z Viborga. Powiedziałabym, że robi wrażenie!
354 godziny i 45 minut. Na ile czas ten jest miarodajny? Autorzy zaznaczają, że jest to czas, jaki współczesnym badaczom zajęło wykonanie rekonstrukcji koszuli. Nie roszczą sobie praw do rozstrzygania, ile godzin zająć mogło w epoce - jednak sam rząd wielkości daje o tym pojęcie.
Zapewne można by zaoszczędzić nieco czasu przy mniejszej, wygodniejszej szerokości tkaniny - pytanie, czy zrekompensowałoby to konieczność wykonania większej jej długości. Jako że sama na krosnach pionowych nie tkam, chętnie zobaczę tu opinie praktyków.
Z drugiej strony, jeśli weźmiemy pod uwagę wydajność przędzenia osiągniętą przez eksperymentatorki z CTR (też doświadczone prządki) i podstawimy ją do tych wyliczeń, otrzymamy ponad 482 godziny dla Mårtensson (która otrzymała nić niemal identycznej grubości, jak w koszuli z Viborga) i 598 godzin dla Batzer. W żadnym z tych wyliczeń nie uwzględniono czasu i nakładu pracy na wykonanie sprzętu trwałego.
Jeśli porównać nakłady pracy w etapach wstępnych eksperymentu z informacjami podawanymi przez autora z początku XX wieku dla domowego przerobu lnu (Słuchocki 1937), czas włożony przez eksperymentatorów wcale nie wydaje się wygórowany (zwłaszcza, że jeśli występują tu różnice w skuteczności narzędzi, to tylko na korzyść początku XX wieku). Zresztą sami eksperymentatorzy z Ribe zauważyli, że w miarę nabywania wprawy czas poświęcony np. na międlenie wydłużał się.
354 godziny i 45 minut - to przeszło 44 dni robocze przy założeniu standardowych współczesnych norm pracy (8 godzin dziennie). Półtora miesiąca nieprzerwanej pracy! Aby przyjąć więcej godzin w ciągu dnia, musimy założyć, że nasz prządka jest wolna od wszelkich innych zajęć domowych, nawet przygotowania strawy dla siebie samej. Co oczywiście było możliwe w indywidualnych przypadkach kobiet niesamodzielnych, pozostających przy rodzinie, ale za karmienie tej rodziny nie odpowiedzialnych (niezamężne krewniaczki "przy rodzinie", dorastające córki, służące czy niewolne trzymane specjalnie do tej pracy). Nawet wtedy jednak nie zredukujemy tego czasu bardziej, niż do miesiąca - a to wszystko po to, by sporządzić jedną lnianą koszulę, wedle badaczy zbyt małą, by uznać ją za strój dorosłego mężczyzny! (Fragmentami jest ona jednak podszywana - zestawiając wykrój z wymiarami, można uznać, że podobna ilość materiału pozwoliłaby stworzyć męską koszulę jednowarstwową. )
W przypadku kobiet, które musiały jeszcze zająć się dziećmi, mężem, drobiem, świniami, krową, etc., nawet te 8 godzin staje się problematyczne - a więc liczba dni tym bardziej się powiększa. Powiększa się także, jeśli przyjmiemy dane prządek z CTR - do 60 standardowych dniówek przy założeniu tempa pracy Mårtensson, sprawniejszej z nich, i aż 75 dla Batzer!
No i tu wracamy do punktu wyjścia, czyli "tanich pancerzy tekstylnych". Oczywiście, w realiach wczesnego średniowiecza czas pracy nie równa się cenie. Jednak w każdych realiach jest jej elementem.
Weźmy na warsztat kalkulacje czasu pracy z Ribe - niższe, niż z CTR. Otrzymamy przędzę grubszą, niż w rekonstruowanej koszuli, ale na potrzeby pancerza wystarczy. Odejmijmy nawet "dla bezpieczeństwa" kilka dniówek, zakładając, że dało się je zaoszczędzić przy tkaniu (które w tym eksperymencie nie zostało zweryfikowane niezależnymi danymi z innych prób, jak przędzenie). Potem pomnóżmy to przez tyle razy, ile warstw ma mieć nasza przeszywanica. A wnioski już każdy wyciągnie sobie sam.
***
Tytułem dodatku - pokłosie dyskusji.
1. Oczywiście, nie należy na podstawie powyższych wyliczeń wnioskować, że średniowieczna prządka czy tkaczka pracowała w systemie dniówkowo-godzinowym. Zwłaszcza przędzenie było zajęciem wykonywanym w każdej wolnej chwili, pomiędzy innymi pracami, a nawet w ich trakcie - właśnie dlatego, że była to praca tak czasochłonna, a ważna. Przeliczenie na godziny i dniówki służy tu zobrazowaniu czasu pracy, a nie udowadnianiu takiego czy innego systemu jej organizacji!
2. Punkt drugi - w dyskusjach pojawiły się stwierdzenia, że dokonanie takich wyliczeń zafałszowuje wyniki, bo przeciętna prządka/tkaczka nie pracowała samotnie. Oczywiście, z takim stwierdzeniem pozostaje się tylko zgodzić - w domostwie mogło pracować kilka kobiet w wieku "produkcyjnym" (pamiętajmy, że dla przędzenia, czynności nieskomplikowanej i nie wymagającej siły fizycznej, taki wiek mógł obejmować i dziesięcioletnie dziewczynki. Tkanie stawiało większe wymagania, tak pod względem umiejętności, jak i wzrostu oraz rozpiętości ramion). Trzeba jednak zauważyć, że tekst nie traktuje o tym, ile czasu musiało upłynąć od zaorania pola pod len do założenia koszuli - gdybyśmy chcieli dokonać takich wyliczeń, trzeba by przede wszystkim uwzględnić w nich okres wegetacji lnu... Natomiast eksperyment wylicza sumaryczny czas i wkład pracy - a ten się nie zmienia z liczbą osób zaangażowanych. Czy jedna osoba pracuje przez trzydzieści pięć dni, czy pięć osób po siedem dni - wykonana została taka sama praca, poświęcono w sumie taką samą liczbę roboczogodzin!
3. Rzecz jasna, nie należy mechanicznie przenosić tych wyliczeń na dzisiejsze wartości i stosunki (z przeliczaniem wartości dnia pracy na dzisiejsze dniówki itp.) - takie przenoszenie zawsze doprowadza do fałszywych wniosków, jeśli nie uwzględnimy historycznych "kosztów pracy". A te dla analizowanych realiów z reguły mogły się wahać pomiędzy "ubranie i jedzenie" a "inna robota, którą kobieta mogłaby w tym czasie wykonać". Jeśli tej innej roboty akurat nie było, a wyżywienie i ubranie członka gospodarstwa domowego i tak było koniecznością, to "koszt" produkcji tekstylnej mógł być zaniedbywalny. Co nijak nie zmienia faktu, że trzeba było na nią poświęcić konkretny czas.
Ejstrud Bo (red): From Flax to Linen. Experiments with flax at Ribe Viking Centre, Esbjerg 2011
http://ribevikingecenter.dk/media/10424/Flaxreport.pdf
Słuchocki C: Len.Uprawa i przeróbka, Warszawa 1937
Subskrybuj:
Posty (Atom)












