Pokazywanie postów oznaczonych etykietą barwienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą barwienie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 sierpnia 2014

Barwierskich byków parę...

Zachęcona przez Alicję, postanowiłam wziąć za rogi byka. A nawet parę byków, które pasą się na łączce historycznego farbiarstwa.


1. Mokrzyca jako zaprawa?

 Zacznę od książki Weroniki Tuszyńskiej Farbowanie barwnikami naturalnymi. Ze względu na ilość zebranych informacji publikacja ta jak najbardziej zasłużenie jest, przynajmniej w Polsce, "biblią" farbiarską. W niejednym miejscu widać jednak, że autorka przytoczyła informacje niezweryfikowane (i często trudno się dziwić, nie zamierzam nikogo namawiać do prób zaprawiania widłakami czy barwienia rosiczką - gatunki chronione!).

Kolejnym problemem są błędy w zakresie nomenklatury botanicznej - niektóre z nich drobne, na poziomie literówek i przekręconych końcówek w łacińskich nazwach. Tymi nie będę się zajmować - kto zechce, sam znajdzie, a w zrozumieniu treści nie przeszkadzają. Niektóre niestety poważniejsze - o jednym z nich, gdzie Tuszyńska pomyliła urzet i marzannę, tworząc mit o barwieniu na niebiesko liśćmi tej ostatniej, już pisałam. A oto kolejny:

Mokrzyca (Stellaria media). Mokrzyca jest silnym środkiem zawierającym potas, więc może być zastosowana w stanie świeżym lub suszona - jako środek pomocniczy. Roślina ta rośnie na polach zbóż (głównie żyta). W krajach północnych jest stosowana do dzisiaj, zwłaszcza do farbowania za pomocą drewna (drzewa) kampeszowego dającego kolor niebieski.
Korę tej rośliny wygotowuje się 60 minut i do przecedzonego wywaru dodaje ałun. W tym roztworze bejcuje się wełnę gotując ją 60 minut, po czym wyjmuje. W tym samym roztworze obgotowuje się 15 - 30 minut odważone wiórki drewna kampeszowego w dobrze zawiązanym woreczku. Tak więc powstała z kąpieli bejcującej kąpiel barwiąca. (str. 26).
Tu już nie zgadza się absolutnie nic. Po pierwsze, Stellaria media to nie mokrzyca, tylko gwiazdnica pospolita. Istotnie, można spotkać się z informacjami o użyciu tej rośliny jako zaprawy barwierskiej - teorię tę zweryfikowała w praktyce Riihivilla, i zweryfikowała ją negatywnie. Riihivilla prześledziła także fińskie publikacje wzmiankujące użycie gwiazdnicy w farbiarstwie - te nowsze przytaczają informację o zaprawianiu nią wyraźnie bez weryfikacji, zapewne za książką Aliny Hellen z 1919 r, która podaje tylko, że roślina ta "może być używana w lecie zamiast widłaka. Gotowana w żelaznym garnku daje piękny szarozielony kolor". A widłak nie tylko zaprawia, również sam może dać wybarwienie. Podobnie jak każde zielsko zawierające chlorofil i nieco tanin - gwiazdnicy nie wyłączając.
Gwiazdnica pospolita Stellaria media, źródło: wikipedia

Mokrzyca (Minuartia)- jeden z wielu gatunków tego rodzaju, źródło: wikipedia.
Mokrzyca występuje na skałach w rejonach górskich i arktycznych, gwiazdnica jest pospolitym chwastem zbóż i innych upraw. Jak widać choćby po zdjęciach, obie są miniaturowymi roślinami zielnymi, i "kory" nijak nie dałoby się z nich uzyskać.
Zważywszy, że literalnie nic nie trzyma się tu kupy, informację o zaprawianiu mokrzycą (czy też gwiazdnicą) można chyba wyrzucić do kosza?



2. Niebieski z rdestu ptasiego?

Kolejny byk dotyczy rdestu i farbowania na niebiesko. Właściwie powinnam napisać - rdestów, a dlaczego, o tym za chwilę.

Po rękodzielniczych, ekologicznych i "ruchowych" stronach obficie fruwają samoklonujące się listy naturalnych barwników. A człowiek chciwie je studiuje, w nadziei na odkrycie czegoś, co rośnie za płotem, a daje kolor inny, niż wszędobylskie żółcie, oliwki i brązy. Dlatego entuzjazmem napełniło mnie odkrycie, jakoby rdest ptasi miał dawać kolor niebieski. Rdest ptasi? Mam tego całe podwórko, i nawet kury jeść go nie chcą, a więc nikogo nie skrzywdzę, robiąc mu żniwa!

Mój entuzjazm trochę przygasł, gdy zobaczyłam efekty barwienia rdestem u osób, które się za to wzięły od strony praktycznej. Wyszły im kolory nawet sympatyczne, ale... całkiem zwyczajne - żółty na ałunie, oliwkowozielony na miedzi, szarozielony na żelazie - to samo można uzyskać z innych zielsk, a bardziej skoncentrowane i mniej się narobiwszy ze zbieraniem (rdest ptasi to drobna roślinka).

No dobrze, a skąd w ogóle wiadomo, że rdest ptasi miałby barwić na niebiesko? Z publikacji Katarzyny Schmidt-Przewoźnej Barwienie metodami naturalnymi (wydawca: "Brama na Bagna", publikacja pdf 2009). Autorka pisze:


 Archeologiczne wykopaliska z nagrobków [chyba grobów / pochówków, nie nagrobków? - przyp. mój] gdańskich z tego okresu wykazały ślady rdestu barwierskiego Polygonum aviculare L. Czarnego bzu Sambucus nigra, używanych do barwienia na kolor niebieski oraz kosaciec Iris pseudoacorus L. do barwienia na kolor żółty.
Próby barwierskie z użyciem Polygonym aviculare L., mające sprawdzić, czy z tego chwastu można uzyskać niebieski, dały nieoczekiwany wynik. Z suszonego ziela uzyskano: beż, brązy, rudy, oraz szaro-zielony ciemny - ten ostatni przy zastosowaniu siarczanu żelaza. 
I jesteśmy w domu. Pora na wyjaśnienie, czemu nie rdest, a rdesty. Podkreślam raz jeszcze fragment: rdestu barwierskiego Polygonum aviculare L. Znowu kłania się łacina, i błąd jak byk! Polygonum aviculare to pospolity w Polsce chwast - rdest ptasi. Natomiast rdest barwierski to Persicaria tinctoria, dawniej znany pod łacińską nazwą Polygonum tinctorum - znana roślina barwierska, uprawiana na Dalekim Wschodzie i dająca barwnik indygo.

Rdest ptasi Polygonum aviculare. Rośnie wszędzie, co widać na zdjęciu (z wiki)
Persicaria tinctoria, d. Polygonum tinctorum - to ta roślina farbuje na niebiesko (z wiki)

Aby sprawę skomplikować, jest tu jeszcze "ten trzeci", rdest plamisty Persicaria maculosa, d. Polygonum persicaria, pospolity w Polsce, i jakoby też używany do barwienia - ale już bez żadnych wątpliwości na kolory typowo "zielskowe". Z błękitem nic wspólnego nie ma. Podobnie jak, pozwolę sobie sądzić, nic wspólnego z tą barwą nie ma rdest ptasi (ku memu wielkiemu żalowi - a już prawie kosiłam podwórko).

Swoją drogą, chyba powinnam podrążyć temat tych gdańskich wykopalisk, na które powołuje się autorka - z czystej ciekawości, co też takiego w nich było? Gdyby rzeczywiście dalekowschodni rdest barwierski, to dowodziłoby niezłego zasięgu handlu...


**********

A jednak i rdest ptasi zawiera indygo!

Zainteresowani mogą zapoznać się z wynikami eksperymentu przeprowadzonego w Wilnie:
https://www.facebook.com/giedra.dagiliene.1/media_set?set=a.10203701477636596&type=1
Nie wygląda to wprawdzie na efektywny sposób otrzymywania znaczącej ilości barwnika, jednak fotorelacja z procesu barwienia nie pozostawia wątpliwości - uzyskano w nim indygo!

piątek, 25 lipca 2014

Niebieski z marzanny?

Zgłębiając tematykę naturalnego barwienia tkanin, trafiłam - i to nieraz - na informację o barwieniu na niebiesko przy pomocy fermentowanej marzanny barwierskiej. Informację bardzo ciekawą, jednak nie popartą żadnymi udanymi eksperymentami - a przynajmniej na takowe nie udało mi się trafić. Co ciekawe, nie trafiłam także na żadne źródła anglojęzyczne choćby wzmiankujące barwienie marzanną na niebiesko. A to już obudziło pewien mój krytycyzm...
Marzanna barwierska (Rubia tinctorum), źródło: wikipedia.org


Co mogłaby dawać taka fermentacja? Sama w sobie zmienia odczyn roztworu, przesuwając w stronę niższego pH (czyli odczynu kwaśniejszego). A istnieje grupa barwników zmieniających kolor w zależności od odczynu - pomiędzy różowoczerwonym w środowisku kwaśnym, a fioletowoniebieskim w zasadowym. Są to antocyjany, znane z jagód, jeżyn, czarnego bzu, aronii - i w rekonstrukcji wykorzystywane w farbiarstwie. Jednak zawarta w korzeniach marzanny barwierskiej alizaryna nie zachowuje się w ten sposób.

Właśnie: korzeniach. Zaś gdy zaczniemy głębiej drążyć temat farbującej na niebiesko marzanny, okazuje się, że surowcem barwierskim miałyby w tym przypadku być liście. Choć jako żywo nie wiadomo mi, by zawierały one jakąś substancję barwiącą (gwoli ścisłości, jak każde zielsko zawierają chlorofil, a więc można z nich na upartego wyciągnąć bladą zieleń). Ale może zawierają jakąś mi nieznaną?

Zaczęłam drążyć temat od strony literatury. Skąd w ogóle wiadomo o farbowaniu marzanną na niebiesko? Jeśli artykuły z "ruchowych" stron i forów odsyłają do źródeł, to źródłem tym jest Tuszyńska. Sięgam więc do niej i czytam:

Barwnik ten [błękitny] uzyskuje się także z roślin rosnących w naszych warunkach. Do nich należy przed wszystkim marzanna (Isatis tinctura), z której uzyskuje się barwnik również drogą fermentacji liści zawierających podobne składniki farbujące, jakie zawiera indygowiec farbierski. (s.57)
I jesteśmy w domu - wszystko się tu zgadza, z wyjątkiem jednej małej rzeczy (nie rozdają rowerów, tylko kradną, by przypomnieć stary dowcip). Rzeczywiście istnieje rosnąca w Europie roślina, z której liści drogą fermentacji otrzymuje się niebieski barwnik o składzie podobnym do otrzymywanego z indygowca. Roślina ta, doskonale znana w historii europejskiego farbiarstwa,  nazywa się Isatis tinctoria (nie "tinctura"), a jej polska nazwa to  urzet barwierski.
Urzet barwierski (Isatis tinctoria), źródło: http://woad.weebly.com/grow.html

I tyle pozostało z myśli o farbowaniu marzanną na niebiesko. Wniosek? Chcemy mieć błękit, siejmy urzet!
A jako drugi wniosek dodać można: Disce puer latine!



Tuszyńska Weronika: Farbowanie barwnikami naturalnymi, Warszawa 1986. 

niedziela, 29 września 2013

Farbowanie wrotyczem - kolor żółty

Wczesna jesień to pora, która nie sprzyja aktywności rzemieślniczej  - przynajmniej w moim przypadku. Idzie sobie człowiek do pobliskiego zagajnika (pięć brzózek na krzyż), aby narwać brzozowych liści do farbowania. I co przynosi do domu? Takie coś:

Oczywiście farbowanie idzie w kąt, i można się najwyżej pochwalić grzybkami marynowanymi...
Ale do rzeczy - od czasu do czasu uda się zrobić i coś poza kulinariami.

Wrotycz pospolity (Tanacetum vulgare) to bardzo wdzięczne zielsko, farbujące w wersji podstawowej (bez zaprawy, lub zaprawa ałunowa, nie modyfikująca koloru) na żółto.
Znaleźć je można praktycznie wszędzie, na raczej jałowych, względnie suchych łąkach, które nie są utrzymywanie w we względnej kulturze rolnej. Czytaj: nikt ich nie kosi, i nie niszczy na nich niepożądanych chwastów. Bo z punktu widzenia rolnika wrotycz jest na łące niepożądany - zjedzony, ma właściwości trujące.  Dlatego najłatwiej znaleźć go na łąkach nie uprawianych i zapuszczonych, albo na poboczach dróg. A że farbiarzowi, inaczej niż zielarzowi - bo jest to i roślina lecznicza - nie przeszkadza nawet zbiór z miejsc ekologicznie wątpliwych (w końcu jeść tego nie zamierzamy), to szerokie rowy i nasypy przy nowych "eurodrogach" okazują się niewyczerpanym rezerwuarem tego surowca.A tak wygląda kwitnący wrotycz:
Źródło: Wikimedia Commons
I taki właśnie nas interesuje, bo to kwiaty są głównym źródłem barwnika. Można go nieco wydobyć również z liści, choć trudniej tu o uzyskanie czystego i żywego wybarwia. Natomiast sztywne, zdrewniałe łodygi zawierają barwnik w tak śladowych ilościach, że zdecydowanie należy je odrzucić przed zalaniem wodą (wcześniej świetnie zbiera się, suszy i przechowuje wiszący w pęczkach).
Wrotycz kwitnie w lipcu - sierpniu, ale jeśli zostanie wcześnie skoszony, potrafi się zmobilizować do odrostu i "awaryjnego" kwitnienia, które wypada odpowiednio później - nawet w końcu września, jak przy jednej z dróg koło mnie (wykoszono ją w początku lipca, i parę dni temu, w samej końcówce września,  zebrałam tam solidny bukiet kwiatów).

Wrotycz farbuje zarówno świeży, jak i suszony. Zawieszony w przewiewnym miejscu, doskonale się suszy, i jest surowcem bardzo łatwym do przechowania na zimę.
Niemodyfikowany, daje kolor żółty - czysty i żywy, o intensywności zależnej od ilości surowca, a tym samym siły kąpieli barwierskiej.

A oto efekty barwienia wełny wrotyczem: motek na górze to efekt pierwszego barwienia, motek poniżej jest z partii, która powędrowała do gara jako druga, do częściowo już wyczerpanej kąpieli.
W obu przypadkach użyłam 100% wełny (motek na górze - ręcznie przędziona wełna z PON, bardzo luźna. Motek na dole - maszynowo przędziona wełna w typie polskiej owcy górskiej. Mogło to odrobinę pogłębić różnice w wybarwieniu (włos rdzeniowy, obecny w wełnie owcy górskiej, gorzej przyjmuje barwnik).
Obie partie zaprawiane były tak samo, ałunem (10g na 100g wełny) w obecności kamienia winnego (5 g na 100 g wełny). Bez zaprawy także można otrzymać żywe barwy, natomiast należy się spodziewać mniejszej trwałości.

Przy barwieniu należy w zasadzie unikać zbyt wysokiej temperatury, zwłaszcza przekraczania granicy wrzenia. Przy gotowaniu zaczynają się uwalniać zawarte we fragmentach łodyg i dna kwiatowego brązowe barwniki, rozkłada się chlorofil, i wybarwienie od żółtego stopniowo przesuwa się w stronę żółtawego brązu. Można to wykorzystać świadomie do modyfikowania koloru, natomiast nie warto tą drogą próbować wyekstrahować więcej żółtego... Zwłaszcza, że jeśli potrzeba "więcej", to o wrotycz nietrudno.

Ciąg dalszy (jak z żółtego zrobić zieleń) nastąpi!




czwartek, 1 sierpnia 2013

Farbowanie pokrzywą - podejście pierwsze

Naczytawszy się nieco o farbowaniu pokrzywą na kolor zielony, postanowiłam spróbować. Jako surowca barwierskiego użyłam świeżych (no, trochę przywiędłych) liści i wierzchołków pędów pokrzywy zwyczajnej (Urtica dioica). Wagowo było tego trochę ponad kilogram.

Materiałem poddanym barwieniu była wełna dywanowa 100% z owcy o runie mieszanym, fabrycznie barwiona na kolor jasnej kawy z mlekiem. Mogło to nieco zafałszować otrzymane kolory - ale na pierwsze podejście szkoda mi było wełny ręcznie przędzionej, a jeśli chodzi o przędze fabryczne, od bankructwa Aniluxu ciągnę na rezerwach...

Zebrane liście zalałam wrzątkiem, i zostawiłam na dwa dni - w tym czasie dwa razy podgrzewając do temperatury około 80 stopni. Odcedzony ciemnozielony napar, w ilości 4 l, wyglądał całkiem obiecująco. Dodałam do niego odrobinę siarczanu miedzi - około płaskiej łyżeczki.
Włożony do naparu motek wełny (50 g suchej masy) zaprawionej ałunem z kamieniem winnym, po podgrzaniu i pozostawieniu do wystygnięcia przez noc przybrał zieloną, nasyconą barwę... do chwili płukania.
Niestety w tym krytycznym momencie okazało się, że barwnik bardzo słabo związał się z wełną. Płukałam i płukałam... a wełna ciągle wypuszczała z siebie soczystą zieleń. Kiedy w końcu przestałyśmy (ona farbować, a ja płukać) kolor był bladozielony.
Od lewej: barwienie z zagotowaniem, bez zagotowania, wełna przed barwieniem

Tymczasem kolor kąpieli w garnku optycznie nawet się nie zmienił - wciąż była równie ciemnozielona, czyli nadal pozostało w niej dużo barwnika. Wobec tego wrzuciłam do gara kolejne 50 g tak samo zaprawionej wełny - i tym razem podgrzałam bez skrupułów, doprowadzając do wrzenia, i także zostawiając do ostygnięcia na noc.
Jak widać, wybarwienie jest sporo intensywniejsze. Zresztą wiedziałam to od pierwszej chwili płukania - ta partia miała znacznie lepiej związany barwnik. Jednak coś za coś - zamiast dość czystej zieleni otrzymałam kolor zgniłozielony. Wyraźnie chlorofil, barwnik nieodporny na ogrzewanie, uległ już częściowemu rozkładowi. 

Przypuszczam, że zwłaszcza motek z pierwszego podejścia bez zagotowania, ten bladozielony, mógłby mieć jeszcze czystsze wybarwienie, gdybym użyła białej wełny - do następnego podejścia dorzucę przynajmniej próbki przędzy niebarwionej. 

Teraz pora wywiesić motki na zjadliwe letnie słońce, i sprawdzić, jaka będzie odporność chlorofilu na światło.

Notatki do następnego podejścia:
1. "Coś" z tego wyszło, czyli następne podejście będzie.
2. Użyć wełny białej, przynajmniej próbek.
3. Na jednym z motków użyć zaprawy miedziowej
4. Poszukać optymalnej temperatury - 80 stopni to zdecydowanie za mało dla utrwalenia barwnika, 100 skutkuje już znacznym rozkładem - a gdzie leży optimum?

poniedziałek, 6 maja 2013

Drzewo brazylijskie... z Indii

Przekopując się przez źródła dotyczące farbowania barwnikami naturalnymi,  dotarłam do fragmentu XV-wiecznego manuskryptu ze zbiorów Biblioteki Czartoryskich w Krakowie, w opracowaniu Jerzego Wyrozumskiego.

Kto chce poprawić kolor płaszcza albo purpurowej tkaniny, niech weźmie ziemi esperskiej dwie uncje na płaszcz i niech nią mocno płaszcz czyści, następnie niech weźmie skruszonego brazylijskiego drzewa i włoży do naczynia i niech da wody z drzewem brazylijskim stosownie do ilości potrzebnej gorącej cieczy, a gdy płaszcz będzie zielony, niech da szafranu, zaś gdy czarny, czerwony lub purpurowy, niech da drzewa brazylijskiego. Zielony płaszcz będziesz czyścił tylko ziemią. Biały możesz uczynić zielonym w urzecie farbiarskim, bladozielony w szafranie, a czerwony w drzewie brazylijskim."

Zaintrygowało mnie to "drzewo brazylijskie". Nie mnie pierwszą zresztą, jak można wnosić z dyskusji na Laboratores   (patrz komentarze). Jako że na tekst trafiłam pośrednio, jako cytat, w pierwszym momencie pomyślałam, że ktoś źle przepisał - jednak nie. Kolejna myśl - autor strzelił ciężkiego kalibru babola. Jakie drzewo brazylijskie w XV wieku? Na Kolumba za wcześnie, na Leifa Eriksona za późno, zresztą ten do Brazylii się nie zapuszczał!  A jednak...

Prawdziwe "drzewo brazylijskie" (ang. brazilwood),  Caesalpinia echinata, w rzeczy samej pochodzi z Brazylii, i nie mogło znaleźć się w Europie w średniowieczu. Ale podobne drzewo barwierskie z tego samego rodzaju, Caesalpinia sappan (ang. sappanwood) jest rośliną rodzimą dla Indii, i w średniowieczu jak najbardziej mogło docierać i docierało do Europy. Oczywiście w znacznie mniejszych ilościach i odpowiednio wyższych cenach. 

Aby bardziej zaciemnić sytuację, istnieje trzecia podobna roślina barwierska, kampeszowiec Haematoxylum campechianum, (ang. logwood, campeche )pochodząca z Jukatanu (czyli też Nowy Świat), należąca wprawdzie do innego rodzaju, ale tej samej rodziny (bobowatych), także dająca czerwony barwnik o podobnym składzie, jak Caesalpinia
 
Oczywiście surowcem barwierskim wymienionym w XV-wiecznym rękopisie może być tylko 
Caesalpinia sappan. Czyli "drzewo indyjskie" raczej niż brazylijjskie. 

Ale mówiąc o tym, musimy pamiętać, że współczesna systematyka była obcą średniowiecznym i wczesnonowożytnym użytkownikom rzeczonych drzew. Dla nich było to po prostu "czerwone" czy też "ogniste" drzewo, w portugalskim pau-brazil - bez rozróżniania, czy pochodziło z Indii, czy, później, z nowo odkrytej ziemi na zachodzie. I to nie nazwa tego drzewa pochodzi od Brazylii - odwrotnie, to ziemię, obficie dostarczającą cennego surowca, nazwano od niego Brazylią. 

Dlatego piętnastowieczy autor mógł pisać o drzewie "brasil" (czy jakkolwiek dokładnie je nazwał  - z oryginałem manuskryptu nie obcowałam) - mimo że o Brazylii oczywiście nawet jeszcze nie słyszał. 

 

czwartek, 2 maja 2013

Przędzę, tkaninę, czy ... ?

Już od dawna zdarzało mi się wpadać w środek burzliwych dyskusji, czy barwiono przędzę, czy też tkaninę, ale dotychczas raczej w roli czytelnika. Aż wreszcie, sama zainteresowawszy się barwieniem, postanowiłam trochę ten temat zgłębić.

1. Co mówią opracowania?

Jeden z większych autorytetów w dziedzinie średniowiecznej i wczesnonowożytnej produkcji tekstylnej, John Munro, wymienia trzy etapy, na których można barwić wełnę. Tak jest, trzy. Oprócz przędzy i gotowej tkaniny tym trzecim - a właściwie chronologicznie pierwszym jest barwienie określane w języku angielskim jako "dyeing in the wool". Dla języka polskiego najwłaściwszym tłumaczeniem tego terminu wydaje się "barwienie w runie" (nie "w wełnie", ponieważ tym terminem określamy zarówno runo, jak i przędzę lub tkaninę). Barwnikiem preferowanym na tym etapie było indygo, najczęściej z urzetu, jako nie wymagające zapraw mineralnych, których pozostałości utrudniałyby przędzenie i tkanie. Wełny barwione w runie urzetem były potem zwykle dobarwiane w tkaninie innym barwnikiem lub ponownie urzetem, dla uzyskania głębszego nasycenia barwy. Barwienie w tkaninie było standardem, w runie - jego uzupełnieniem. Barwienie w przędzy, wedle Munro, było znacznie rzadsze, miało miejsce wtedy tylko, gdy chodziło o uzyskanie wzorzystych tkanin. 

2. Co mówią znaleziska?

W książce Małgorzaty Grupy Wełniane tekstylia pospólstwa i plebsu gdańskiego (XIV-XVII w.) i ich konserwacja można znaleźć ciekawą informację (s.110) o różnicach w nasączeniu pigmentem warstw wewnętrznych oraz kutneru spilśnionych tkanin, pozwalający na odróżnienie wełen barwionych w tkaninie, i w przędzy lub runie. Zbite, spilśnione tkaniny mają we wnętrzu zauważalnie mniejszą koncentrację barwnika. Wśród tkanin barwnych zdecydowanie przeważają barwione po utkaniu.

3. Co mówi ikonografia?
Przeglądając ilustracje z Ksiąg Domowych Mendla i Landauera  naliczyłam 6 farbiarzy barwiących runo, 1 z barwną przędzą (nie przy czynności barwienia) i 7 barwiących tkaninę. Ponadto 7 rzemieślników opisanych jako farbiarze (nie tylko zidentyfikowanych jako tacy, ale nazwanych w oryginalnym tekście "ferber" lub "verber") przedstawionych zostało z barwną tkaniną, przy jej drapaniu lub postrzyganiu. Poniżej trzy wybrane ilustracje (źródło: http://www.nuernberger-hausbuecher.de ).
U farbiarza barwiącego runo zwraca uwagę leżący na podłodze grzebień do wełny - można wnioskować, że ten sam rzemieślnik zajmował się i jej czesaniem.

Hans Kag zm. 1433

Hainrich Klemb zm. 1545

Hans Krieger zm. 1668
4. Co mówi praktyka?

Zacząć tu warto od jednej uwagi. To, że umiemy wykonać funkcjonalną rekonstrukcję historycznego przedmiotu, znamy konstrukcję podstawowych narzędzi i umiemy się nimi posłużyć, nie jest równoznaczne ze znajomością procesu technologicznego w danym rzemiośle. Nie wszystkie jego elementy pozostawiają namacalny ślad widoczny dla archeologów - i nie wszystkie są niezbędne dla otrzymania jakiegoś rezultatu. Podkreślam "niezbędne" i "jakiegoś" - to znaczy, że pomijając je, możemy pracować mniej wydajnie i otrzymać gorsze rezultaty, ale niekoniecznie będziemy wiedzieć, że przyczyną jest pominięcie tego elementu, a nie np. nasz brak doświadczenia i wprawy.

W przędzalnictwie i tkactwie takim elementem, nie pozostawiającym zauważalnego śladu w depozytach archeologicznych i zachowanych wyrobach, jest natłustka. Jest to po prostu tłuszcz lub mieszanina z jego sporą zawartością, działająca antyelektrostatycznie (czyli przeciwdziałająca "elektryzowaniu się" włókien), zmniejszająca tarcie i chroniąca włókna przed uszkodzeniem podczas zgrzeblenia czy czesania, przędzenia i tkania.
Współcześnie jako natłustek używa się głównie olejów mineralnych i syntetycznych oraz ich emulsji.
Historycznie - pierwszą natłustką był tłuszczopot, naturalnie występująca w runie owcy mieszanina z dużą zawartością lanoliny. Skąd o tym wiemy? Przede wszystkim ze źródeł etnograficznych.
O przędzeniu wełny bezpośrednio po jej pozyskaniu, a więc tłustej, wspomina Moszyński. Spośród blisko dwudziestu kołowrotków, jakie przeszły przez moje ręce, osiem miało potężne pokłady lanoliny na szpuli, haczykach i przede wszystkim wewnątrz oczka.
Moje rozmówczynie, starsze osoby, które przędły wełnę przed druga wojną światową i wkrótce po niej, wspominały, że wełna była "tłusta". Zmieniło się to z rozpowszechnieniem małych gręplarni przemysłowych, usługowo przygotowujących wełnę, później przędzioną na kołowrotkach. Tłuszczopot i przyklejony nim do włosa piasek jest bardzo niszczący dla gręplarek, stad przed gręplowaniem maszynowym wełna zwykle była prana.
S. Greulich w swojej publikacji (1937), wyraźnie adresowanej do drobnych hodowców chłopskich, zaznacza, że jeśli wełna na być przeznaczona do własnego przerobu, należy owce przed strzyżą umyć. Jeśli wełna ma być przeznaczona na sprzedaż, owiec myć nie należy - fabrykant i tak będzie musiał wełnę wyprać.
Mycie, dokonywane przez hodowcę, zwykle w wodzie rzecznej, usuwało część brudu, ale pozostawało w wełnie lanolinę - do jej usunięcia potrzeba byłoby wyższej temperatury, mydła bądź detergentu. I tu pytanie dla myślących - dlaczego na osiemnasto-dziewiętnastowiecznych ilustracjach baby z kołowrotkiem zwykle siedzą przy piecu? Otóż nie ze względu na zziębnięte kości babuni (a przynajmniej nie tylko).
Wyższa temperatura upłynnia tłuszcze i ułatwia przędzenie.
Raz jeszcze przyjdą nam z pomocą Norymberskie Księgi domowe.
Cunrad kemmer, zm. 1425
Czesacz wełny nagrzewa grzebień przed jego użyciem, korzystając ze skrzynki z węglem drzewnym. Podobne urządzenia wielokrotnie pojawiają się w ikonografii.
Tylko dlaczego czesanka jest niebieska? Przecież każdy, kto choć raz zajmował się barwieniem, dobrze wie, że przed nim trzeba wełnę odtłuścić.

Przede wszystkim: rzemieślnicy cechowi nie tylko pracowali inaczej, niż wiejska baba. Pracowali także na innej wełnie - bardziej luksusowej, z owiec o runie jednolitym, o typie cienkorunnym lub przejściowym, bez długiego i grubego włosa okrywowego.
Owce cienkorunne mają procentowo znacznie więcej tłuszczopotu, niż prymitywne. Czyni to ich okrywę lepką i znacznie bardziej podatną na brudzenie. W dodatku ich runo ma charakter zamknięty - jest zwarte po wierzchu, co znakomicie zmniejsza penetrację zanieczyszczeń w głąb, ale jednocześnie czyni te zwierzęta bardzo wrażliwymi na zmoknięcie (trudno po nim wysychają). Dlatego w razie deszczów muszą być trzymane w oborze, co nie poprawia czystości ich wełny. A i mycie tych owiec nie bardzo wchodzi w rachubę...
Dlatego po upowszechnieniu owiec cienkorunnych konieczne stało się pranie wełny już na początku przerobu - i to właśnie pranie, połączone z jej odtłuszczeniem. Mycie w chłodnej czy letniej wodzie bez dodatków nie było tu już wystarczające.
Jednocześnie delikatna wełna owiec cienkorunnych jest jeszcze bardziej podatna na uszkodzenie przy przerobie na sucho. Stąd wynika potrzeba jej ponownego natłuszczania. John Munro wskazuje na wyraźne rozróżnienie pomiędzy tkaninami "suchymi" (draperies sèches), wytwarzanymi z wełen grubszych, bez natłuszczania (być może z zachowaniem części własnego tłuszczu), tańszymi - a "tłustymi" (draperies ointes), wytwarzanymi z wełen delikatniejszych, natłuszczanych (w Europie Południowej oliwą z oliwek, w północnej - masłem), zdecydowanie kosztowniejszymi. Te pierwsze zwykle były niefolowane, w naturalnej barwie, te drugie - folowane i barwione, często kosztownymi barwnikami. Etapy ich wyrobu można przedstawić schematem:

STRZYŻA > PRANIE > ZGRZEBLENIE/CZESANIE > PRZĘDZENIE > TKANIE > WYKOŃCZENIE

Na etapie zgrzeblenia, przędzenia i tkania wełna powinna być w tłuszczu. A to oznacza, że najdogodniejsze, naturalne okienka dla jej barwienia istnieją po praniu, a przed natłuszczeniem do zgrzeblenia, oraz po utkaniu, na etapie wykańczania. Jeśli chcemy ją barwić jako przędzę, trzeba użyć natłustki dwukrotnie - a zarówno oliwa, jak i masło swą wartość mają (nie bez powodu można znaleźć wzmianki o zakazywanych przez cechy namiastkach tych natłustek, np. używaniu wody z mydłem - z pewnością ułatwiała pracę, działając antyelektrostatycznie, ale nie chroniła włókien).

Przy obróbce grubej wełny z owiec prymitywnych obecność natłustki jest mniej kluczowa - ponieważ wełna jest zwykle czystsza (a przynajmniej była w czasach minionych), można wykorzystać naturalny tłuszcz, który mamy za darmo. Nawet jeśli go usuniemy, grubszy włos jest mniej elektrostatyczny, i odporniejszy. Ponadto z takiej wełny zwykle wykonywano przędzę grubszą, nawet przy lekkim osłabieniu i tak dość wytrzymałą do tkania. Dlatego tu - zapewne - można było sobie łatwiej pozwolić na odtłuszczenie wełny już na etapie przędzy, i jej barwienie.

A więc- kiedy barwiono?
W cechowym przerobie sukienniczym niewątpliwie z zasady barwiono albo runo, albo tkaninę. Barwienia przędzy w szczególnych przypadkach wykluczyć nie można, ale i wtedy - konkretnie mówiąc, przy tkaninach wzorzystych - barwienie mogło tak naprawdę mieć miejsce na etapie runa, nie przędzy, a obecnie nie jesteśmy w stanie tego określić (w przeciwieństwie do rozpoznawalnego barwienia na etapie tkaniny- patrz punkt 2).

W przerobie domowym, oraz poprzedzającym organizację sukiennictwa cechowego, barwienie przędzy jest bardziej prawdopodobne, choćby ze względy na brak odpowiednio wielkich kotłów poza wyspecjalizowanymi warsztatami. Ale tak naprawdę mówimy tu o prawdopodobieństwie, nie o pewności.




Greulich Stefan: Gospodarski chów owiec, Warszawa 1937

Munro John: Wool and Wool-Based Textiles in the West European Economy, c.800-1500: Innovations and Traditions in Textile Products, Technology and Industrial Organisation, Toronto 2000 [wersja robocza tekstu Medieval Woollens: Textiles, Textile Technology, and Industrial Organisation, c. 800 - 1500, w: The Cambridge History of Western Textiles (ed. David Jenkins), Cambridge / New York, 2003]

Munro John:  Three Centuries of Luxury Textile Consumption in the Low Countries and England, 1330–1570: Trends and Comparisons of Real Values of Woollen Broadcloths (Then and Now), in: Kathrine Vestergård Pedersen / Marie-Louise B. Nosch (eds.): The Medieval Broadcloth: Changing Trends in Fashions, Manufacturing and Consumption, Ancient Textile Series, Vol. 6, Oxford 2009

niedziela, 31 marca 2013

O indygo słów parę

Edycja - sierpień 2018
[Wpis oryginalnie pochodził z początku 2013 roku. Po dobrych pięciu latach zasłużył na nową redakcję i nieco sprzątania, zwłaszcza, że - co bardzo mnie cieszy - wciąż "chodzi w użyciu". Wielkie podziękowania dla Alicji Mega z grupy farbiarskiej za doprecyzowanie terminologii związków chemicznych!]

Zainspirowały mnie do tego wpisu regularnie powtarzające się na forach i blogach rekonstrukcyjnych dyskusje typu:

- Piszesz, że indygo, a przecież do XV wieku w Europie nie było indygo...
- Ale Maik twierdzi, że...
- No to Maik się pomylił, bo nie było!

- W 60% znalezisk tkanin z manufaktur Psiej Wólki wykryto indygo...
- Ale statuty cechowe Psiej Wólki kategorycznie zakazywały użycia indygo, chodziło o ochronę interesów producentów urzetu...
- Znaczy, że olewali zakazy...
- Ale w Psiej Wólce nie mogli mieć indygo, bo datowanie i szlaki handlowe...

I tak dalej, aż pierze poleci.
Tymczasem sprawa jest prosta - aspirujemy do miana naukowców, czy też nie, używajmy języka naukowego! Naprawdę, terminologię wymyślono nie po to, żeby ludziom utrudnić życie, tylko je ułatwić. Podobnie, jak popularne w Polsce drzewo parkowe (rodzaj Aesculus) to nie "kasztan", tylko kasztanowiec, tak roślina barwierska z rodzaju Indigofera to nie "indygo", tylko indygowiec.

Indygo to barwnik, uzyskiwany nie z jednego gatunku rośliny, lecz całkiem wielu - niektórych wcale nie spokrewnionych zbyt blisko ze sobą. I kluczowym słowem jest tu "uzyskiwany", bowiem nie występuje w nich w gotowej postaci. W żywych (czy nawet ususzonych), nie przygotowanych specjalnie roślinach, występują tzw. prekursory indygo, czyli związki, które po odpowiednim potraktowaniu są w stanie w drodze reakcji chemicznych w indygo przejść. To dlatego barwienie indygo zyskało opinię "trudnego" - nie wystarczy tu zalanie surowca wrzątkiem i wpakowanie tkaniny czy przędzy do naparu...

Indygo najczęściej uzyskujemy z następujących roślin:
1. Indigofera tinctoria, czyli indygowiec barwierski. Pochodzi prawdopodobnie z Afryki Zachodniej, uprawiany w Indiach i innych "ciepłych krajach", importowany do Europy od końcówki średniowiecza do zmierzchu barwników naturalnych.  Najpopularniejsze dziś biologiczne źródło tego barwnika. To ta właśnie roślina bywa - niepoprawnie - nazywana "indygo" (zapewne przyczynił się do tego fakt, że w angielskim znana jest jako "true indigo"). Barwnik indygo można otrzymać jeszcze z kilku innych gatunków należących do tego rodzaju.
2. Isatis tinctoria, czyli urzet barwierski. Roślina barwierska dawnej Europy, dla "tru ultrasa" . Niestety mniej wydajna, niż indygowiec, dlatego w końcu mu ustąpiła.
3. Persicaria tinctoria, dawniej Polygonum tinctorium, czyli rdest barwierski. Występuje na Dalekim Wschodzie, jako surowiec nie był importowany do Europy. Teoretycznie mógł tu trafiać barwiony nim chiński jedwab.

Ta lista bynajmniej nie jest kompletna, istnieją wzmianki o uzyskiwaniu niebieskiego barwnika nawet z rdestu ptasiego - pospolitego europejskiego chwastu (potwierdzone eksperymentalnie lat temu parę przez farbiarkę z Litwy, proces jasno wskazywał, że barwnikiem tym jest indygo - niestety relacja była opublikowana na FB i już nie jest dostępna).  Istnieją wreszcie inne rośliny indygonośne, niż te wymienione - choć mniej znaczące gospodarczo i historycznie.

Analiza tekstyliów wykopaliskowych pozwala stwierdzić obecność indygo. Nie mówi, z jakiej rośliny barwnik uzyskano. Dopiero kontekst znaleziska może nam zasugerować, czy był to urzet, czy indygowiec, czy może rdest.

Owszem, liście urzetu barwierskiego zawierają stosunkowo mniej prekursorów indygo, niż liście indygowca. Konkretnie -  urzet zawiera isatan b, a indygowiec beta-d-glikozyd indyksolu (informacja dzięki Alicji :) ) . Jednak ani to, jaki prekursor występuje w roślinie, ani jego zawartość, nie oznacza, by indygo z urzetu było "inne" i nie pozwalało na uzyskanie intensywnych błękitów czy ciemnych granatów. Po przejściu prekursora w indygo - będzie to tak czy inaczej indygo. A niższa zawartość pożądanej substancji w liściach oznacza jedno - potrzeba więcej liści! Co oczywiście jest bardziej pracochłonne - i nie bez przyczyny uprawa urzetu w Europie został w końcu wyparta przez importowane indygo z indygowca. 

Warto jednak dodać, że otrzymany odcień mógł w istocie nieco się różnić. Dziś mamy do czynienia głównie z czystym (lub niemal czystym) wyizolowanym indygo - to ten niebieski proszek czy bryłki... Indyjskie indygo z indygowca (tak, masło maślane... ale to w imię precyzji ;) ) sprowadzano do Europy w takiej właśnie postaci, stąd ponoć Europejczycy na początku uważali je za minerał!  Tradycyjny przerób urzetu wyglądał inaczej - liście miażdżono, po czym z pulpy robiono kule, i je suszono. W takiej postaci były produktem handlowym, po czym farbiarze rozkruszali je, namaczali i fermentowali. Działo się to wciąż w obecności roślinnej masy - jak można sądzić, uwalniającej składniki inne, niż tylko prekursory indygo, i wpływającej pośrednio na kolor.

A więc twierdzenie, że "Europa do XV wieku nie znała indygo", czy że "statuty cechowe zakazywały używania indygo" to szerzenie bzdur, za sprawą nie tyle braku wiedzy merytorycznej, ile kulawej terminologii.
Przed rozpoczęciem importu indygowca Europa znała i otrzymywała indygo z urzetu. Później zakazywano używania indygowca, nie indygo - nowej rośliny zawierającej ten sam barwnik, nie barwnika jako takiego!

W skrócie: indygo = barwnik, zaś roślina = indygowiec!

         To jest indygowiec             
To jest indygo (zdjęcie za Wikipedią, fot. H.Zell)



Zaś dyskusje, które przytoczyłam na początku, mogłyby zacząć się od stwierdzeń:
"Do XV wieku w Europie nie było indygowca" i "w 60% znalezisk tkanin w Psiej Wólce wykryto indygo" "Musiało pochodzić z urzetu, bo w Psiej Wólce nie używali indygowca". Wtedy miałyby szansę zakończyć się merytorycznymi wnioskami.
Inaczej możemy dyskutować jak gęś z prosięciem, a rozmowa kończy się albo na niczym, albo na darciu pierza.
I szczeciny.