czwartek, 2 maja 2013

Przędzę, tkaninę, czy ... ?

Już od dawna zdarzało mi się wpadać w środek burzliwych dyskusji, czy barwiono przędzę, czy też tkaninę, ale dotychczas raczej w roli czytelnika. Aż wreszcie, sama zainteresowawszy się barwieniem, postanowiłam trochę ten temat zgłębić.

1. Co mówią opracowania?

Jeden z większych autorytetów w dziedzinie średniowiecznej i wczesnonowożytnej produkcji tekstylnej, John Munro, wymienia trzy etapy, na których można barwić wełnę. Tak jest, trzy. Oprócz przędzy i gotowej tkaniny tym trzecim - a właściwie chronologicznie pierwszym jest barwienie określane w języku angielskim jako "dyeing in the wool". Dla języka polskiego najwłaściwszym tłumaczeniem tego terminu wydaje się "barwienie w runie" (nie "w wełnie", ponieważ tym terminem określamy zarówno runo, jak i przędzę lub tkaninę). Barwnikiem preferowanym na tym etapie było indygo, najczęściej z urzetu, jako nie wymagające zapraw mineralnych, których pozostałości utrudniałyby przędzenie i tkanie. Wełny barwione w runie urzetem były potem zwykle dobarwiane w tkaninie innym barwnikiem lub ponownie urzetem, dla uzyskania głębszego nasycenia barwy. Barwienie w tkaninie było standardem, w runie - jego uzupełnieniem. Barwienie w przędzy, wedle Munro, było znacznie rzadsze, miało miejsce wtedy tylko, gdy chodziło o uzyskanie wzorzystych tkanin. 

2. Co mówią znaleziska?

W książce Małgorzaty Grupy Wełniane tekstylia pospólstwa i plebsu gdańskiego (XIV-XVII w.) i ich konserwacja można znaleźć ciekawą informację (s.110) o różnicach w nasączeniu pigmentem warstw wewnętrznych oraz kutneru spilśnionych tkanin, pozwalający na odróżnienie wełen barwionych w tkaninie, i w przędzy lub runie. Zbite, spilśnione tkaniny mają we wnętrzu zauważalnie mniejszą koncentrację barwnika. Wśród tkanin barwnych zdecydowanie przeważają barwione po utkaniu.

3. Co mówi ikonografia?
Przeglądając ilustracje z Ksiąg Domowych Mendla i Landauera  naliczyłam 6 farbiarzy barwiących runo, 1 z barwną przędzą (nie przy czynności barwienia) i 7 barwiących tkaninę. Ponadto 7 rzemieślników opisanych jako farbiarze (nie tylko zidentyfikowanych jako tacy, ale nazwanych w oryginalnym tekście "ferber" lub "verber") przedstawionych zostało z barwną tkaniną, przy jej drapaniu lub postrzyganiu. Poniżej trzy wybrane ilustracje (źródło: http://www.nuernberger-hausbuecher.de ).
U farbiarza barwiącego runo zwraca uwagę leżący na podłodze grzebień do wełny - można wnioskować, że ten sam rzemieślnik zajmował się i jej czesaniem.

Hans Kag zm. 1433

Hainrich Klemb zm. 1545

Hans Krieger zm. 1668
4. Co mówi praktyka?

Zacząć tu warto od jednej uwagi. To, że umiemy wykonać funkcjonalną rekonstrukcję historycznego przedmiotu, znamy konstrukcję podstawowych narzędzi i umiemy się nimi posłużyć, nie jest równoznaczne ze znajomością procesu technologicznego w danym rzemiośle. Nie wszystkie jego elementy pozostawiają namacalny ślad widoczny dla archeologów - i nie wszystkie są niezbędne dla otrzymania jakiegoś rezultatu. Podkreślam "niezbędne" i "jakiegoś" - to znaczy, że pomijając je, możemy pracować mniej wydajnie i otrzymać gorsze rezultaty, ale niekoniecznie będziemy wiedzieć, że przyczyną jest pominięcie tego elementu, a nie np. nasz brak doświadczenia i wprawy.

W przędzalnictwie i tkactwie takim elementem, nie pozostawiającym zauważalnego śladu w depozytach archeologicznych i zachowanych wyrobach, jest natłustka. Jest to po prostu tłuszcz lub mieszanina z jego sporą zawartością, działająca antyelektrostatycznie (czyli przeciwdziałająca "elektryzowaniu się" włókien), zmniejszająca tarcie i chroniąca włókna przed uszkodzeniem podczas zgrzeblenia czy czesania, przędzenia i tkania.
Współcześnie jako natłustek używa się głównie olejów mineralnych i syntetycznych oraz ich emulsji.
Historycznie - pierwszą natłustką był tłuszczopot, naturalnie występująca w runie owcy mieszanina z dużą zawartością lanoliny. Skąd o tym wiemy? Przede wszystkim ze źródeł etnograficznych.
O przędzeniu wełny bezpośrednio po jej pozyskaniu, a więc tłustej, wspomina Moszyński. Spośród blisko dwudziestu kołowrotków, jakie przeszły przez moje ręce, osiem miało potężne pokłady lanoliny na szpuli, haczykach i przede wszystkim wewnątrz oczka.
Moje rozmówczynie, starsze osoby, które przędły wełnę przed druga wojną światową i wkrótce po niej, wspominały, że wełna była "tłusta". Zmieniło się to z rozpowszechnieniem małych gręplarni przemysłowych, usługowo przygotowujących wełnę, później przędzioną na kołowrotkach. Tłuszczopot i przyklejony nim do włosa piasek jest bardzo niszczący dla gręplarek, stad przed gręplowaniem maszynowym wełna zwykle była prana.
S. Greulich w swojej publikacji (1937), wyraźnie adresowanej do drobnych hodowców chłopskich, zaznacza, że jeśli wełna na być przeznaczona do własnego przerobu, należy owce przed strzyżą umyć. Jeśli wełna ma być przeznaczona na sprzedaż, owiec myć nie należy - fabrykant i tak będzie musiał wełnę wyprać.
Mycie, dokonywane przez hodowcę, zwykle w wodzie rzecznej, usuwało część brudu, ale pozostawało w wełnie lanolinę - do jej usunięcia potrzeba byłoby wyższej temperatury, mydła bądź detergentu. I tu pytanie dla myślących - dlaczego na osiemnasto-dziewiętnastowiecznych ilustracjach baby z kołowrotkiem zwykle siedzą przy piecu? Otóż nie ze względu na zziębnięte kości babuni (a przynajmniej nie tylko).
Wyższa temperatura upłynnia tłuszcze i ułatwia przędzenie.
Raz jeszcze przyjdą nam z pomocą Norymberskie Księgi domowe.
Cunrad kemmer, zm. 1425
Czesacz wełny nagrzewa grzebień przed jego użyciem, korzystając ze skrzynki z węglem drzewnym. Podobne urządzenia wielokrotnie pojawiają się w ikonografii.
Tylko dlaczego czesanka jest niebieska? Przecież każdy, kto choć raz zajmował się barwieniem, dobrze wie, że przed nim trzeba wełnę odtłuścić.

Przede wszystkim: rzemieślnicy cechowi nie tylko pracowali inaczej, niż wiejska baba. Pracowali także na innej wełnie - bardziej luksusowej, z owiec o runie jednolitym, o typie cienkorunnym lub przejściowym, bez długiego i grubego włosa okrywowego.
Owce cienkorunne mają procentowo znacznie więcej tłuszczopotu, niż prymitywne. Czyni to ich okrywę lepką i znacznie bardziej podatną na brudzenie. W dodatku ich runo ma charakter zamknięty - jest zwarte po wierzchu, co znakomicie zmniejsza penetrację zanieczyszczeń w głąb, ale jednocześnie czyni te zwierzęta bardzo wrażliwymi na zmoknięcie (trudno po nim wysychają). Dlatego w razie deszczów muszą być trzymane w oborze, co nie poprawia czystości ich wełny. A i mycie tych owiec nie bardzo wchodzi w rachubę...
Dlatego po upowszechnieniu owiec cienkorunnych konieczne stało się pranie wełny już na początku przerobu - i to właśnie pranie, połączone z jej odtłuszczeniem. Mycie w chłodnej czy letniej wodzie bez dodatków nie było tu już wystarczające.
Jednocześnie delikatna wełna owiec cienkorunnych jest jeszcze bardziej podatna na uszkodzenie przy przerobie na sucho. Stąd wynika potrzeba jej ponownego natłuszczania. John Munro wskazuje na wyraźne rozróżnienie pomiędzy tkaninami "suchymi" (draperies sèches), wytwarzanymi z wełen grubszych, bez natłuszczania (być może z zachowaniem części własnego tłuszczu), tańszymi - a "tłustymi" (draperies ointes), wytwarzanymi z wełen delikatniejszych, natłuszczanych (w Europie Południowej oliwą z oliwek, w północnej - masłem), zdecydowanie kosztowniejszymi. Te pierwsze zwykle były niefolowane, w naturalnej barwie, te drugie - folowane i barwione, często kosztownymi barwnikami. Etapy ich wyrobu można przedstawić schematem:

STRZYŻA > PRANIE > ZGRZEBLENIE/CZESANIE > PRZĘDZENIE > TKANIE > WYKOŃCZENIE

Na etapie zgrzeblenia, przędzenia i tkania wełna powinna być w tłuszczu. A to oznacza, że najdogodniejsze, naturalne okienka dla jej barwienia istnieją po praniu, a przed natłuszczeniem do zgrzeblenia, oraz po utkaniu, na etapie wykańczania. Jeśli chcemy ją barwić jako przędzę, trzeba użyć natłustki dwukrotnie - a zarówno oliwa, jak i masło swą wartość mają (nie bez powodu można znaleźć wzmianki o zakazywanych przez cechy namiastkach tych natłustek, np. używaniu wody z mydłem - z pewnością ułatwiała pracę, działając antyelektrostatycznie, ale nie chroniła włókien).

Przy obróbce grubej wełny z owiec prymitywnych obecność natłustki jest mniej kluczowa - ponieważ wełna jest zwykle czystsza (a przynajmniej była w czasach minionych), można wykorzystać naturalny tłuszcz, który mamy za darmo. Nawet jeśli go usuniemy, grubszy włos jest mniej elektrostatyczny, i odporniejszy. Ponadto z takiej wełny zwykle wykonywano przędzę grubszą, nawet przy lekkim osłabieniu i tak dość wytrzymałą do tkania. Dlatego tu - zapewne - można było sobie łatwiej pozwolić na odtłuszczenie wełny już na etapie przędzy, i jej barwienie.

A więc- kiedy barwiono?
W cechowym przerobie sukienniczym niewątpliwie z zasady barwiono albo runo, albo tkaninę. Barwienia przędzy w szczególnych przypadkach wykluczyć nie można, ale i wtedy - konkretnie mówiąc, przy tkaninach wzorzystych - barwienie mogło tak naprawdę mieć miejsce na etapie runa, nie przędzy, a obecnie nie jesteśmy w stanie tego określić (w przeciwieństwie do rozpoznawalnego barwienia na etapie tkaniny- patrz punkt 2).

W przerobie domowym, oraz poprzedzającym organizację sukiennictwa cechowego, barwienie przędzy jest bardziej prawdopodobne, choćby ze względy na brak odpowiednio wielkich kotłów poza wyspecjalizowanymi warsztatami. Ale tak naprawdę mówimy tu o prawdopodobieństwie, nie o pewności.




Greulich Stefan: Gospodarski chów owiec, Warszawa 1937

Munro John: Wool and Wool-Based Textiles in the West European Economy, c.800-1500: Innovations and Traditions in Textile Products, Technology and Industrial Organisation, Toronto 2000 [wersja robocza tekstu Medieval Woollens: Textiles, Textile Technology, and Industrial Organisation, c. 800 - 1500, w: The Cambridge History of Western Textiles (ed. David Jenkins), Cambridge / New York, 2003]

Munro John:  Three Centuries of Luxury Textile Consumption in the Low Countries and England, 1330–1570: Trends and Comparisons of Real Values of Woollen Broadcloths (Then and Now), in: Kathrine Vestergård Pedersen / Marie-Louise B. Nosch (eds.): The Medieval Broadcloth: Changing Trends in Fashions, Manufacturing and Consumption, Ancient Textile Series, Vol. 6, Oxford 2009

10 komentarzy:

  1. Gratuluję bardzo fajnego wpisu :)
    Dodam tylko iż sama we wszystkich dyskusjach i flejmach w tym temacie występowałam właśnie z pozycji tej wiejskiej baby a nie wyspecjalizowanego rzemieślnika :)
    Sama jako usztywnienia do osnowy stosuję coś w rodzaju krochmalu a nie oleju :)
    Pozwoliłąm sobie udostępnić na mordoksiążce, bo trochę tam osób zainteresowanych tym tematem się na pewno znajdzie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję!

    Powiem, że bardzo sobie cenię wełnę w naturalnym tłuszczu - przędza jest zwarta i sprężysta, z poślizgiem, elastyczna, a nie sztywna jak patyk. No i wilgoć w niczym nie pogarsza jej właściwości.

    Nie mówiąc już o tym, że klejonki skrobiowe z natury służą przy tkaniu, nie do przędzenia. Oczywiście większość osób przędzie wełnę na sucho - w rekonstrukcji chyba tylko Ania Grossman z zasady przędzie wełnę niepraną (no i ja). O przędących wełnę z dodaną natłustką w Polsce nic mi nie wiadomo.

    To, jak kto przędzie, nazwałabym kwestią preferencji (i dostępności surowca - gdy przemysłowa czesanka jest na Allegro o jedno kliknięcie), gorzej, że mało kto ma świadomość, że wełnę tłustą nie tylko da się prząść, ale przez wieki była to metoda z wyboru. Zwłaszcza przy kołowrotkach, które dużo bardziej obciążają włókno, niż wrzeciono (problem tarcia o oczko i haczyki).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkie babcine historie, które zbieram wokół mówią oprzędzeniu wełny niepranej :) Niestety stan wełny nie pozwala na to po prostu.
      Oprócz twojej wrzosówki, żadna z tych wełen które udało mi się zdobyć po prostu nie nadawała się do tego. Dopóki nie dorobię się własnych owiec, które będę mogła porządnie przygotować do strzyży to nie zabieram się za taką robotę. Za dużo nerwów i pracy a efekt marny. Nie każdy ma też warunki by obrabiać jednak taką niepraną wełnę. Może w regionach gdzie zachowała się kultura hodowli jest jakoś lepiej, ale u nas na pomorzu kicha. A jeździć i szukać naprawdę porządnych hodowli nie mam kiedy i jak. Ostatnio spóźniłam się dosłownie o pół dnia, gdyż zadzwoniłam po południu a rano hodowca podrzucony przez Elę Reglińską zdążył sprzedać całą strzyżę :( W tym momencie przyznaję się że pasuję, suchą czesankę też przędzie się w miarę przyjemnie a walczyć z wiatrakami nie mam ochoty. Ale liczę że skoro trochę prządek i tkaczek się w kraju narobiło to może i do hodowców dotrze że można interes zrobić :)

      Usuń
    2. Tamta moja wełna też była, delikatnie mówiąc, średnia (wiosenna strzyża, po zimie spędzonej w oborze). A poza tym jagnię, jak by nie pilnować, zawsze się ufafluni - nie wiem w jaki sposób, po prostu dzieci tak mają :). Zresztą u każdej owcy wystarczy jeden dzień biegunki w ciągu półrocza (to u ras prymitywnych - u cienkowełnistych strzyże się raz na rok), i można zapomnieć o przędzeniu bez prania.

      Z czasem wypraktykowałam mycie wełny - letnia woda, zero detergentu. Tłuszcz zostaje, brud (częściowo) odchodzi. Myć moich bydlątek w całości nie zamierzam, po takiej próbie fruwałabym chyba nad dachem owczarni - dałyby mi popalić i same kopytkowe, i każda dowolna komisja ds. dobrostanu zwierząt...

      W ciepłej wodzie z detergentem piorę tylko runo wyjątkowo zapaskudzone, albo takie, którym zdążył zainteresować się mól.

      Problemem jest to, że w praktyce hodowca ma do wyboru: albo wełnę wzbogaconą g..., albo słomą z obfitego ścielenia. Tertium non datur w polskich warunkach. Inaczej rzecz wygląda w krajach, gdzie przez 365 dni w roku można utrzymywać owce pastwiskowo.

      Dla jasności: w Polsce teoretycznie też się da, co twardsze rasy, ale trzeba mieć na sezon niewegetacyjny kolosalną powierzchnię pastwiska w stosunku do obsady zwierząt. Chodzi nie o wyżywienie, ale o to, że stado o jako-tako "komercyjnym" rozmiarze szybko zmieni murawę w breję - i będzie brudniej, niż w oborze.

      Usuń
  3. Jeśli można też dodam swoje 3 grosze :) - po pierwsze bardzo mi się podobał Twój wpis wprawdzie nie przędę z pobudek rekonstrukcyjnych tylko dlatego, że lubię ale wiedzy nigdy nie za wiele :D
    Moja przygoda z przędzeniem zaczęła się od tłustego runa i takie przygotowywałam zawsze do grępla (miałam własny). Wełna sama w sobie piachu nie ma zbyt wiele a przynajmniej to runo co ja miałam go nie miało. Moje obserwacje doprowadziły do wniosku, że runo tłuste (nieprane) posiada sporo mocznika, który osadza się na uigleniu, grępel stał w nieogrzewanym garażu. Więc wilgoć była wszechobecna a do tego resztki wełny na nim, chłonące tą wilgoć co powodowało katastrofalne skutki w rdzewieniu tegoż uiglenia i niestety nagminnym wypadaniu drobnych igiełek. Po pewnym czasie taki grępel cierpiał na łysienie "plackowate" :))
    Przędzenie tłustej (niepranej) wełny jest przyjemne pod warunkiem, że jest to świeża strzyża wystarczy, że zostawimy takie runo na rok a tłuszczopot przyschnie i raczej zamiast przędzenia będzie szarpanina - takie runo lepiej wyprać.
    Trudno znaleźć u nas runo nadające się w ten sposób do przędzenia (wrzosówka choć ma bajeczne ubarwienie dla mnie jest za szorstka) ostatnio przeglądam zagraniczne oferty surowej strzyży - niestety tu raczej sprawa rozbija się o cenę i koszt przesyłki. Chętnie będę zaglądać do miejsca z tak ciekawymi opisami :))
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karina,
      szkoda, że greplarka tak wyłysiała :( Będziesz w niej wymieniaś uiglenie ?
      Pozdrawiam :)
      Ela

      Usuń
  4. Owka,przeczytałam z przyjemnością Twój wpis :) Wełnę przędę od bardzo dawna i też piorę ją tylko w letniej wodzie, bez detergentów . Jak to mówią " we własnym brudzie " Jest wtedy lekko tłustawa i łatwo się przędzie . Góralki ze Spisza, od których się uczyłam, przędły wełnę niepraną, ale tylko "ładne kawałki " . Te któtsze zawoziły do Nowego Targu, do gręplowania. Pamiętam, że w latach 80 pracowały tam dwie gręplarki mechaniczne - jedna do brudnej, a jedna do czystej wełny ( używano jej do robienia kołder)
    Cieszę się, że prowadzisz bloga :) Pokażesz swoje owieczki i kołowrotki ?
    Pozdawiam serdecznie :)
    http://pracownianakaszubach.weebly.com/we322ny-wool.html

    OdpowiedzUsuń
  5. Ba, u Owki zawsze jest ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam Was (z opóźnieniem co prawda;)

    Piasek spotykałam zwłaszcza w runie z różnych "mini-zoo", i innych agroturystyk, gdzie zwierzaki całe lato spędzają jako żywa dekoracja na małym placyku wygryzionym aż do piachu. Niedokładnie to, o co chodzi w hodowli, ale takie miejsca miewają ciekawe rasy.

    Masz zupełną rację E-wełenko, że w tłuszczu dobrze się przędzie tylko wełnę świeżą - zresztą dla mnie "świeża" kończy się w jakiś kwartał po strzyży, a zaczyna w dniu tejże - taki bonusik z posiadania własnych owiec :D

    Poza tym są potężne różnice w konsystencji tłuszczopotu pomiędzy rasami, a nawet poszczególnymi owcami w rasie. I w składzie z pewnością też, widzę to po moich grzebieniach - po niektórych runach, jeśli od razu nie wyczyszczę zębów, to za parę dni muszę je piaskować z rdzy, przy innych nie widać nawet śladów korozji - czyli dowód na rozmaity skład tłuszczopotu. A poza mocznikiem, o którym wspomniałaś, kolejnym bardzo wrednym składnikiem jest sól. Higroskopijna i korozyjna, załatwi każdy żelazny element, którego nie wyczyści się po przędzeniu tłustego runa (zęby grzebieni na szczęście doczyścić łatwo).

    OdpowiedzUsuń
  7. Cześć! Jestem na etapie poszukiwania wełny zgrzebnej barwionej w sprzedaży detalicznej , możesz polecić mi jakieś sklepy itp.?

    OdpowiedzUsuń