środa, 19 czerwca 2013

Salceson naukowy

czyli jeszcze trochę o "obrazkach"


Tym razem nie będzie tekstylnie. Gastronomicznie, wbrew tytułowi, też nie do końca. Więc skąd ten salceson?

Salceson, proszę państwa, jest to porządna galareta, w której, w dość przypadkowym rozmieszczeniu, występują grubo siekane różne elementy tuszy wieprzowej - tu kawałek ozora, tam ryja, a i szczeciniaste ucho się trafi. Koneserzy tej szlachetnej wędliny twierdzą, że w przyzwoitym salcesonie koniecznie musi być coś na ząb - w żadnym razie sama galareta!
W dość powszechnej opinii ilustracje w książce są równie niezbędne, jak kawałek mięsa w salcesonie. Któż by chciał jeść samą galaretę? (O, przepraszam, czytać sam tekst!)

Muszę powiedzieć, że sama lubię w salcesonie kawałek ozora (za ucho ze szczeciną jednak dziękuję). I lubię, gdy dobrze dobrana ilustracja uzupełnia tekst, a nierzadko nawet jest jego niezbędną częścią. Czasem jednak jakość i dobór ilustracji napawa zwątpieniem...

Pierwszy raz tak głęboko zwątpiłam, gdy lata temu, jako p.o. szkolnej bibliotekarki, dostałam w swe ręce książeczkę dla uczniów podstawówki zainteresowanych historią. Książeczka omawiała m.in. bitwę pod Grunwaldem, ilustrując ją postaciami walczących tamże. Na ilustracjach występowali:
1. "Rycerz krzyżacki" w hełmie garnczkowym. Może po dziadku (też Krzyżaku?)
2. "Rycerz tatarski" (że co, proszę?), który wyraźnie urwał się z kompanii pana Kmicica.
3. "Rycerz litewski", wyglądający jak angielski łucznik, ale bez łuku. Za to z nagim mieczem za pasem (czemu przynajmniej nie dwoma?)
4. "Rycerz polski". Ten miał z jednego końca hełm żebrowy, a z drugiego spodnie, krajkami na łydkach owijane.Co było pośrodku, nie pomnę.
Cóż... "Dzieło" czym prędzej schowałam do kartonu zwrotnego, okleiłam tenże taśmą pancerną, i ostrzegłam resztę kadry pedagogicznej, by nie otwierać, komu życie miłe. Ale wtedy jeszcze wierzyłam, że taki chłam wciska się tylko paniom od jedenastolatków...

Po raz kolejny zwątpiłam, kiedy zaczęłam przeglądać "dzieła" przeznaczone dla etapu okołogimnazjalnego. Radosna twórczość dziewiętnastowiecznych bronioznawców-fantastów prezentowana bez żadnej informacji, z jakiej epoki toto pochodzi, przedstawienia o kilkaset lat późniejsze, niż ukazane na nich wydarzenia, oczywiście też bez słowa komentarza - codzienność. No cóż, powiedziałam sobie - wydawca, nie bez racji, wierzy, że gimbusy to kupią. Ale w porządnej nauce to nie przejdzie!

Aż, niedawno, wpadła mi w ręce książka prof. Andrzeja Radzimińskiego Kobieta w średniowiecznej Europie (Wydawnictwo Naukowe UMK, Toruń 2012).
Skądinąd ciekawa praca wprawiła mnie w szok poznawczy, jeśli idzie o sposób jej ilustrowania.  Ilustracje - same w sobie bardzo dobrej jakości - niespecjalnie powiązane są z tekstem. Ot, mamy rozdział o chłopkach, to wrzucimy słynną ilustrację z Godzinek księcia de Berry, o, tę:

Pod nią podpis: Wieśniaczki do pracy w polu nosiły suknie z jednolitym lub sznurowanym stanikiem, koszule z długimi rękawami, spódnice czy tuniki często były w kolorze niebieskim, a na głowę zakładały kaptur lub białą chustę, Tres Riches Heures du duc de Berry, Chantilly, ok 1410-1416. 

Zęby mi ścierpły, zarówno jako (amatorskiemu) historykowi ubioru, jak i filologowi (wychodzi na to, że tuniki miały głowę, na którą zakładały kaptur).
No, ale zacisnęłam zęby. OK, powiedzmy, że to praca historyczna, a nie kostiumologiczna (choć korekta mogłaby przynajmniej na gramatykę spojrzeć).

Dalszy rozdział, Heretyczki i czarownice - może być ciekawie.
I jest, ale nie na taki sposób, jak się spodziewałam... Rozdział otwiera ilustracja:


Prześladowanie czarownic przez spalenie na stosie.
 Na tym nie koniec. Na kolejnych stronach kolejne obrazki:

Lot czarownic na miotłach

Przesłuchanie i badanie czarownicy

Prześladowanie czarownic: próba wody


Obrazki ładne, ale na moje oko w manierze dziewiętnastowiecznej. Cóż, czytam tekst, licząc, że tam znajdę jakieś komentarze do nich. Albo przynajmniej rozdział zakończy się jakąś "współczesną recepcją zjawiska". Nie kończy się. Hmm... w końcu czytam publikację naukową, a nie książeczkę dla dzieci, więc zerknijmy do indeksu!

Patrzę. I widzę następujące hasła indeksu:
Prześladowanie czarownic przez spalenie na stosie, w: www.deutschland-im-mittelalter.de
Lot czarownic na miotłach, w: www.deutschland-im-mittelalter.de
Przesłuchanie i badanie czarownicy, w: www.deutschland-im-mittelalter.de
Prześladowanie czarownic: próba wody, w: www.deutschland-im-mittelalter.de

To wszystko!  Żadnego odesłania do źródła, żadnej informacji poza adresem strony, z której obrazki zostały ściągnięte. Nawiasem mówiąc, w książce zostały też obcięte - tak, żeby usunąć naniesiony na nich adres.
(Ja, ściągnąwszy obrazki z tej samej strony, adresu nie usunęłam - stąd jego obecność.)

Weszłam na tę stronę. Pomimo mojej zerowej znajomości niemieckiego (no, byłam w stanie znaleźć słowo Hexen w spisie treści), w ciągu dziesięciu minut miałam obrazki wraz z ich twórcami. Oczywiście, dziewiętnasty wiek - drzeworyty według obrazów Gustava Spangenberga (1828-91), Ferdinanda von Piloty'ego (1828-95) i Georga Franza (1865-1912). Deutschland-im-mittelalter.de podaje nazwiska i inicjał imienia tych twórców, więc ustalenie reszty naprawdę nie wymagało wiele.

Ale wyraźnie za wiele, by oczekiwać tego w publikacji akademickiej. Nie wspomnę już o tym, że marzyłoby mi się przynajmniej podanie źródła ilustracji (adres strony z której obrazek został ściągnięty, to nie żadne "źródło", tylko medium pośredniczące, jak - dajmy na to - www.freha.pl).

Metodologia? Wklejony przypadkowy obrazek ze strony, która ma w nazwie "mittelalter", bez śladu weryfikacji. Cel? Chyba nabicie paru dodatkowych stron, bo do wartości naukowej dzieła te dziewiętnastowieczne fantazje nic nie wnoszą. Gorzej - wiele mu ujmują. O ile w tekście autor zaznacza, że wbrew popularnemu mniemaniu średniowiecze wcale nie było epoką prześladowań czarownic - te nastały później - to ekspresyjne, trzeba im przyznać, ilustracje pozostawiają czytelnika z wrażeniem zgoła przeciwnym. No, bo skoro książka jest o średniowieczu, napisana przez uznanego naukowca, i pokazuje takie obrazy bez żadnego weryfikującego komentarza - to znaczy, musieli palić te czarownice!

Salceson, proszę państwa. I świńskie ucho w galarecie. Ale to, co dobre jako zakąska, niekoniecznie dobre bywa w nauce. Jeśli autor dla jakiejś przyczyny potrzebuje (?) umieścić w pracy dotyczącej średniowiecza ilustracje dziewiętnastowieczne, a nie informuje o tym jasno czytelnika, to pakuje w salceson już nie ucho czy inną wątpliwą garmażerkę ,ale taką oto świnię:

Całkiem sympatyczna, prawda? Ale nie w salcesonie.

wtorek, 18 czerwca 2013

Małgorzata Grupa: Wełniane tekstylia...

Właśnie odkryłam, że książkę Małgorzaty Grupy: Wełniane tekstylia pospólstwa i plebsu gdańskiego można darmowo pobrać z serwisu e-Publikacje nauki polskiej .

Kupiłam, i nie żałuję (recenzja w linku powyżej) - tym bardziej warto chwytać, gdy darmo dają.
Proszę ściągać, panie i panowie!

piątek, 14 czerwca 2013

Wiking w kilcie

czyli coś o korzystaniu ze źródeł


Człowiek - zwykle młody - który dopiero debiutuje w ruchu rekonstrukcyjnym, często ma tendencję do wzorowania się na innych. Ktoś miał taką tunikę, taki miecz, takie krajki... On / ona więc postanawia też mieć takie!
Prędzej czy później oczywiście usłyszy, że inni niekoniecznie są specami i znawcami. Popełniają błędy, idą na skróty, noszą rzeczy "przeterminowane", jeśli chodzi o stan wiedzy. Rekonstrukcyjny debiutant pozna święte słowo "źródła", i jeśli będzie ambitny, do analizy tych źródeł się weźmie. Częstokroć uzbrojony w wiedzę z podręcznika szkolnego, gdzie wciąż średniowieczny ubiór i uzbrojenie ilustrują dziewiętnastowieczne ryciny, oraz w szczerą chęć bycia innym, niż "taśmowo zrobiona" reszta.

Jak amator może analizować źródła?
Teksty źródłowe - z tymi  jest ciężko. Wprawdzie w ostatnich latach coraz więcej tekstów jest digitalizowanych, ale znajomość łaciny czy średnio-górno-niemieckiego, oraz archaicznego liternictwa z pewnością się nie upowszechnia.
Zabytki archeologiczne - leżą w magazynach, albo w najlepszym razie w muzealnych gablotach, z reguły jako skorodowane czy spróchniałe fragmenty jakiejś całości, mało oczywiste nawet dla fachowca, a dla niefachowca równie zrozumiałe, jak minuskuła karolińska.
Pozostaje ikonografia. O ile czytanie wymaga konkretnego przygotowania, o tyle ilustracje może oglądać literalnie każdy. A o te w sieci coraz łatwiej - zarówno w bibliotekach cyfrowych, jak i w postaci luźnych obrazków swobodnie pływających w internetowej zupie, z forum na forum, ze strony na stronę.


Analizując źródła, warto znać konwencję, w jakiej tworzył ich twórca. Na najprostszym poziomie przykładem może być twór w angielskiej literaturze znany jako "ring mail". W literaturze polskiej jest to rzecz prawie nieznana - i tu można powiedzieć - na szczęście! A co to takiego, i skąd się wzięło?
Wiele mniej lub bardziej znanych zabytków ikonograficznych ukazuje postaci zbrojnych ubrane w pancerz przedstawiony poprzez wypełnienie konturu nie zachodzącymi na siebie kółeczkami.
 Nietrudno to zinterpretować jako "kaftan z naszytymi na niego kółkami". Taką interpretację stworzył w połowie wieku XIX Viollet-le-Duc, francuski architekt amatorsko zajmujący się m.in. bronioznawstwem. I po dziś dzień takie interpretacje zdarzają się wśród osób pragnących opancerzyć się "nietypowo".
Tyle, że taka amatorska interpretacja nie uwzględnia współczesnego (nieco zmienionego przez sto kilkadziesiąt lat, jakie upłynęły od czasów le Duca) stanu wiedzy. A zgodnie z nim "kółeczka w konturze" to konwencjonalne i popularne przedstawienie kolczugi. Jeśli ktoś już tę wiedzę posiada, może z tkaniny z Bayeux wyczytać co nieco na temat wyglądu i popularności kolczug u wojaków Wilhelma i Harolda. Jeśli jej nie posiada - na podstawie samego oglądania obrazków z epoki gotów stworzyć pancerz z podkładek do przybijania papy dachowej, i bronić go jako efektu "analizy źródeł"...

Oglądając rzeczy nieoczywiste, mamy tendencję, by dopatrywać się w nich tego, co nam bliskie, i co zobaczyć chcemy. (Dlatego radiomaryjna sąsiadka zobaczy w plamie na szybie Matkę Boską z Dzieciątkiem, a spragniony student - butelkę Żywca z kolorową etykietką).
O ile "ring mail" szczęśliwie Polski nie podbija, to w świecie tekstyliów podobnym bytem stał się typ spodni, wśród osób akceptujących ich (poczesne) miejsce w rekonstrukcji znany jako "szarawary wikińskie", a wśród mniej akceptujących - "piratki". Są to bufiaste spodnie, w swej kanonicznej postaci zszywane z różnokolorowych pasów tkaniny - najczęściej w dodatku lnu, bo tańszy, i wedle powszechnej opinii czterech liter nie odparza. Jako jeden z dowodów ich istnienia przytacza się wizerunki postaci na kamieniu z Ledberg.

Jak wiadomo, potężnym argumentem na rzecz "wikińskich szarawarów" jest fakt kontaktów z Rusią, gdzie Skandynawowie stworzyli elity władzy. A fakt powszechnego noszenia szarawarów na terenach Rusi jest oczywistym. Wprawdzie dotyczy to siedemnastego-osiemnastego wieku, ale lepsze takie źródło, niż żadne...
No to spójrzmy raz jeszcze na ten kamień. Czy rzeczywiście szarawary? Ja tam widzę pięknie przedstawione plisowane kilty! A że nie mamy solidnych przekazów o noszeniu przez Wikingów kiltu? Chwileczkę...Nikomu nie potrzeba udowadniać faktu kontaktów Wikingów z Wyspami Brytyjskimi, gdzie potomkowie Skandynawów stworzyli elity władzy. A fakt powszechnego noszenia kiltu w znaczącej części Wysp Brytyjskich jest oczywistym. Wprawdzie dotyczy to siedemnastego-osiemnastego wieku, ale w czym kilt gorszy od szarawarów?

*Dla osób nie chwytających ironii:
Proszę nie traktować poprzedniego akapitu jako poważnego wywodu naukowego. NIE twierdzę, że Wikingowie chodzili w kiltach. Osobiście na kamieniu z Ledberg widzę bardzo ładne przedstawienie tuniki rozszerzanej przez wszycie klinów. Ale, w przeciwieństwie do pancerzy na tkaninie z Bayeux, nie znamy tu konwencji, w jakiej tworzył artysta. I nawet nie możemy być pewni, że taka konwencja dla niego istniała - równie dobrze mógł wyryć postaci wedle własnej indywidualnej wizji. Dopatrywanie się w tym kamieniu szarawarów jest równie uprawnione, jak kiltu (bądź plisowanego fartuszka). Tunika wciąż nie jest "pewna" - ale spośród tych możliwości jest najprawdopodobniejsza. Wynika to nie tylko z analizy samego przedstawienia, ale ze znajomości ubioru w rzeczonym okresie. Wiemy, że tuniki wówczas powszechnie noszono, że były rozszerzane dołem, i że uzyskiwano to poprzez wszycie klinów.

Podobnym problemem (już nieraz przedyskutowanym, więc postaram się streścić) jest odtwarzanie kolorów ubrań na podstawie iluminacji książkowych. Barwne ilustracje braci Limbourg bywają często przywoływane jako dowód, że chłopi chodzili w jaskrawo barwionych ubiorach. Zanim jednak przyjmiemy to za pewnik, należy wziąć pod uwagę:

1. Funkcję estetyczną dzieła (iluminatorowi nie płacono za to, by książka wyglądała szaroburo).

2. Barwniki używane przez miniaturzystę, a te używane przez farbiarza. Jeśli dziś widzimy na ilustracji, że książę, handlarz wina i chłopek ubrani są w stroje różniące się krojem, ale w takim samym odcieniu, to szyjemy jednemu wypasioną robe, drugiemu robe mniej wypasioną, a trzeciemu archaiczną tunikę, ale z tej samej beli materiału, na którą zrzuciliśmy się w bractwie... a to błąd.
Miniaturzysta użył tego samego barwnika dla wszystkich trzech - dajmy na to, czerwieni. W rzeczywistości książę miał swoją książęca robe barwioną karminem (czerwiec/koszenila), kupiec - wysyconą czerwienią alizarynową (dwukrotne barwienie marzanną), chłopek - też marzanną, ale miał ją sporo bledszą, bo (wybrać właściwe): miał ją farbowaną w częściowo zużytej kąpieli barwierskiej / farbował mu ją nie cechowy rzemieślnik, tylko względnie oblatana w ziołach baba we wsi / wełna naturalnie była beżowa lub szarawa, w przeciwieństwie do bielutkiej u księcia czy bogacza / miał znoszone i zblakłe ubranie "z drugiej ręki" / dowolna kombinacja powyższych.

3. Konwencję i ideologię dzieła - na przykład chęć stworzenia wymowy: "chłopom naszego pana żyje się tak dobrze, że chodzą w purpurze i codziennie jedzą całą świnię" / "chłopi naszego złego sąsiada chodzą nadzy i ogryzają korę z drzew". (Zainteresowanych  zapraszam do przeczytania Labeur and Paresse: Ideological Representations of Medieval Peasant Labour Jonathana Alexandra - jeśli nawet nad tezami można dyskutować, to tekst otwiera oczy na pewne nieoczywiste aspekty średniowiecznych iluminacji ).

Czy zniechęcam do bezpośredniej analizy źródeł? Brońcie bogowie! Ale jeśli patrzymy na dzieło, którego powstanie dzieli od naszej rzeczywistości kilkaset lat, a często i kilometrów, warto uzbroić się w wiedzę, która ułatwi jego zrozumienie. Obejrzenie obrazka z epoki, który ktoś wpuścił do internetu, to jeszcze nie "analiza źródeł". To tylko obejrzenie ładnego (lub nie) obrazka.
"Czytanie opracowań" nie brzmi może  tak dumnie, jak "analiza źródeł". W dodatku te opracowania mają w zwyczaju atakować mało przystępnym językiem, kąsać przypisami i drapać bibliografią. I nawet nie zawsze (zwłaszcza te starsze) mają obrazki. Ale...
Większość tych obrazków ktoś już oglądał. I nawet o nich pisał! Owszem, możliwe jest, że kolejny obserwator, niekoniecznie uzbrojony w tytuły prof. dr hab., zauważy coś nowego, co będzie objawieniem naukowym. Ale warto, aby najpierw przeczytał przynajmniej trochę spośród opracowań, które o owych źródłach już napisano. Większa szansa, że uniknie wtedy objawień na szybie i wikingów w kiltach.



sobota, 25 maja 2013

Wełna a len

(czyli o tym, gdzie zawodzą analogie etnograficzne)

 

Wiadomo, że wełna i len mają odmienne właściwości, i co za tym idzie, miewały odmienne funkcje.Celowo podkreślam słowo "miewały", bo w dzisiejszym ruchu rekonstrukcyjnym bywa z tym rozmaicie. Owszem, stało się prawdą dość uznaną, że "len nosimy pod spód, a wełnę na wierzch", ale już ze zrozumieniem, z czego to wynika, bywa rozmaicie - nie raz spotkałam się np. ze stwierdzeniem "bo len nie był elegancki". Trochę prawdy można się w nim doszukać, ale należałoby sobie odpowiedzieć, dlaczego to miał "nie być elegancki".


Przede wszystkim nie idzie tu tylko o czynnik estetyczny, ale praktyczny. Ubranie ma przede wszystkim chronić przed ekstremami temperatury - a w naszym klimacie na ogół problemem nie jest groźba  przegrzania, lecz wychłodzenia.
1. Len jest lepszym, niż wełna przewodnikiem ciepła - czyli dobrze "chłodzi", podczas gdy wełna "grzeje" (zastosowano cudzysłów, bo wszak idzie tu o izolację termiczną, a nie faktyczne wytwarzanie ciepła)
2.  Len traci właściwości termoizolacyjne w stanie wilgotnym, gdy wełna może wchłonąć ilość wody do 33% jej ciężaru nie dając w ogóle wrażenia wilgoci, a i przy wyższej wilgotności wciąż daje dobrą izolację termiczną (Skoczylas, 1978)
Te dwa czynniki zwykle nie są doceniane w warunkach typowej "imprezy rycerskiej", odbywającej się w gorącej porze roku. Tymczasem przeciętny człowiek średniowiecza (oraz przez długi czas wcześniej, i już nie tak długi później) większą  część swej aktywności odbywał na otwartej przestrzeni, i nie mógł ograniczyć tej aktywności do pogodnych dni pomiędzy końcem maja a wrześniem. W domach także niekoniecznie panowała komfortowa temperatura dwudziestu paru stopni.

 Ubranie powinno być nie tylko ciepłe, ale i w miarę wygodne. Oczywiście kryteria wygody będą się zmieniać w zależności od epoki, sytuacji i pozycji społecznej, ale pewne elementy pozostaną wspólne dla większości sytuacji. Poza szczególnymi przypadkami (jak stroje formalne, liturgiczne, pochówki) pożądane jest, by ubiór nie krępował ruchów, i nie rozdzierał się w ich czasie, ani nie obcierał wrażliwych miejsc na ciele.
3. Wełna jest bardziej elastyczna, niż włókna roślinne, dlatego lepiej się sprawdza w dopasowanych, "pracujących" elementach ubioru.
4. Włókna celulozowe, stanowiące główny składnik przędz i tkanin roślinnych, w stanie mokrym pęcznieją. W rezultacie tkanina, która na sucho była gruba i zwarta, ale elastyczna, w stanie mokrym staje się sztywną płachtą.

Odzież noszona brudzi się i zużywa.
5. Len jak najbardziej można efektywnie prać bez użycia współczesnej technologii i chemii. Dobrze znosi użycie wysokiej temperatury, ługu i tarcia - takie pranie oczywiście jest długotrwałe i męczące, ale jak najbardziej możliwe, i nie niszczy tkaniny ponad akceptowalny poziom (akceptowalny - tzn. normalne, powolne zużycie, do pewnych granic zresztą wręcz pożądane - dodatkowym efektem takiego prania było wybielenie i zmiękczenie tkaniny). Wełna potraktowana w podobny sposób, skurczy się i sfilcuje ponad wszelką możliwość noszenia, a nawet delikatniejsze pranie może sprawić, że strój dorosłego mężczyzny nada się już tylko na dziesięciolatka... A więc jako surowiec na bieliznę, która ma chłonąć pot, a następnie dać się doprać, lepszym surowcem jest len. (Jeśli jednak bielizna ma przede wszystkim ogrzać w ekstremalnym klimacie, patrz punkty 1-2.). Dotyczy to także innych elementów ubioru, których przeznaczeniem było powtarzające się brudzenie i pranie.
6. Przędze i tkaniny roślinne są znacznie odporniejsze na zniszczenie mechaniczne, zwłaszcza tarcie, niż wełna (podkreślam - mechaniczne. Na rozkład biologiczny są znacznie mniej odporne, dlatego znacznie gorzej zachowują się w depozytach archeologicznych). Dlatego len czy konopie były preferowanym surowcem na worki, powrozy, fartuchy robocze itp.

Dla człowieka, który ma nosić dany ubiór, liczą się również względy estetyczne - a tu nie bez znaczenia jest kolor.
7. Gdy len posiada tylko jedną naturalną barwę, której odcień można poprzez bielenie rozjaśnić do brudnawej bieli, owce występują w wielu barwach i odcieniach bieli, szarości, beżu, rudości, czerni i brązu.
8. Wełna stosunkowo dobrze poddaje się barwieniu naturalnymi barwnikami, w przeciwieństwie do lnu.
Z tych dwóch powodów wełna rzeczywiście może być bardziej "elegancka" jako surowiec na ubiór, który ma robić wrażenie na obserwatorach.

9. Wedle dość powszechnego w "ruchu" mniemania dołożyć tu należałoby jeszcze jedną "opozycję", mianowicie: droga wełna - tani len.Niekoniecznie potwierdzają to źródła, w których można napotkać zarówno wzmianki o tanich wełnach, jak i drogich lnach. Skąd więc to przekonanie? Złośliwie można by rzec, że z cennika Łobosia (dla osób niezorientowanych: główny dostarczyciel tkanin w "ruchu rycerskim". Rzeczywiście, dziś tkaniny lniane można kupić kilkakrotnie taniej, niż wełniane. Ale dzisiejsze relacje cen nie są, i nie muszą być odbiciem tych sprzed kilkuset czy tysiąca lat.

Pewnym poparciem dla przekonania o "taniości" lnu mogą być fakty, które przytoczyłam w punktach 5 i 6 - należy jednak zauważyć, że w istocie te zdecydowane przewagi włókien roślinnych wcale nie odnoszą się do biedoty i plebsu, tylko do specyficznych ubrań. Chyba nikt poważnie myślący o historii czy rekonstrukcji nie sądzi naprawdę, że garderoba chłopa ograniczała się do koszuli i gaci, oraz worka na groch!

Owszem, można znaleźć wiarygodne źródła mówiące, że len był tkaniną ubogich, zaś wełna bogatszych. Znajdujemy takie informacje w pamiętnikach chłopskich, w opisach etnograficznych.
Ale...
Są to źródła zawierające się pomiędzy końcem nowożytności, a początkiem dwudziestego wieku. Owszem, etnografia dostarcza wiele informacji prawdziwych również i dla epok wcześniejszych. Niekoniecznie jednak w tym przypadku.

Dlaczego?
Informacje te odnoszą się do okresu, gdy dostęp przeciętnego chłopa do rezerw ziemi był ograniczony. 
Len i konopie są roślinami wysokowydajnymi. "Z poletka 300-metrowego przy średnim plonie otrzymać można około 10 kg włókna trzepanego, przy dobrym urodzaju 15-17 kg" - pisze o lnie Słuchocki w 1939 roku, mając na myśli techniki uprawy i przerobu jeszcze jak najbardziej tradycyjne. Masa ostatecznie uzyskanej tkaniny odzieżowej będzie jeszcze pomniejszona o pakuły, ale i te w tradycyjnym przerobie znajdowały zastosowanie w przędzy na tkaniny workowe itp.
Dla uzyskania podobnej masy wełny (pranej, niesortowanej) potrzebna w warunkach gospodarki ekstensywnej około 7-8 niewielkich owiec w typie wrzosówki, które, wraz z przychówkiem zapewniającym odtworzenie stada, w sezonie wegetacyjnym wyżywi pastwisko o powierzchni około 2 hektarów, to jest 20.000 m2.  Czyli 70 razy więcej! A to dopiero połowa roku - na drugą potrzeba siana z (minimalnie licząc) kolejnych 2 hektarów, względnie dobrej słomy z jeszcze większej powierzchni - ale tę możemy uznać za produkt uboczny, jako że nasz przykładowy chłop i tak uprawia zboża. Zachwaszczona słoma zbożowa z pól nie znających herbicydów była zbliżona wartością pokarmową do kiepskiego siana. Jednak konkurentami do paszy - zwłaszcza w zimie - były jeszcze zwierzęta zaprzęgowe, i bydło mleczne. I o ile stado owiec nie jest kluczowym dla przeżycia, to koń lub wół roboczy, oraz krowa mleczna (podstawowa dostarczycielka białka) - tak.

Rośliny włókniste wymagają natomiast ogromnego nakładu pracy w porównaniu z hodowlą owiec. Przy prymitywnej gospodarce opieka nad tymi drugimi sprowadza się w zasadzie do zbioru paszy zimowej (może nią być wspomniana słoma, ulistnione gałązki drzew, siano łąkowe), zabezpieczenia przez drapieżnikami i pozyskania wełny. Natomiast dla lnu bądź konopi trzeba uprawić ziemię, zasiać, odchwaszczać, wyrwać rośliny, wysuszyć je, wyrosić, wysuszyć ponownie, połamać, wytrzepać, wyczesać - a po tym wszystkim jesteśmy dopiero w punkcie równoważnym temu, gdy zebraliśmy wełnę z owcy. "Od zasiewu do otrzymania włókna trzepanego potrzeba około 170 dni roboczych na hektar zasiewu, podczas gdy np. przy uprawie żyta potrzeba tylko 45 dni na 1 ha". (Słuchocki, s. 10)

W sytuacji deficytu ziemi, a sporej podaży rąk do pracy (wieś po kasacji pańszczyzny) rośliny włókniste stały się znacznie bardziej dostępne od  wełny owczej.  Wyjątkiem były regiony dające dostęp do rozleglejszych użytków marginalnych, nie nadających się do uprawy ani nawet wypasu bydła (hale górskie, wrzosowiska). Na pozostałych terenach w ubraniu dziewiętnastowiecznego chłopa dominował len - wełna była rezerwowana dla ubiorów wyjściowych i naprawdę zimnej pogody.

Ale trudno o większy błąd, niż mechaniczne przenoszenie tej sytuacji  w czasy - na przykład - początków państwowości polskiej. W sytuacji wolnego dostępu do rezerw ziemi produkcja wełny, wymagająca znacznie mniejszego nakładu pracy, jest o wiele "tańsza". Nie wymaga nawet karczowania lasu - wprawdzie pastwiska leśne nie są tak wydajne, jak łąkowe (odrost runa leśnego w cieniu pod drzewami jest ograniczony), ale przy zgoła nieograniczonej dostępnej powierzchni nie jest to problem. A z czasem owce same przyczyniają się do odlesienia, zgryzając młode drzewka.

A więc "len dla biednego"? Owszem -  jeśli jest to biedny chłop małorolny epoki popańszczyźnianej.



Skoczylas Adam: Biologia owczego runa, Warszawa 1978
Słuchocki Czesław: Len. Uprawa i przeróbka, Warszawa 1939

poniedziałek, 6 maja 2013

Drzewo brazylijskie... z Indii

Przekopując się przez źródła dotyczące farbowania barwnikami naturalnymi,  dotarłam do fragmentu XV-wiecznego manuskryptu ze zbiorów Biblioteki Czartoryskich w Krakowie, w opracowaniu Jerzego Wyrozumskiego.

Kto chce poprawić kolor płaszcza albo purpurowej tkaniny, niech weźmie ziemi esperskiej dwie uncje na płaszcz i niech nią mocno płaszcz czyści, następnie niech weźmie skruszonego brazylijskiego drzewa i włoży do naczynia i niech da wody z drzewem brazylijskim stosownie do ilości potrzebnej gorącej cieczy, a gdy płaszcz będzie zielony, niech da szafranu, zaś gdy czarny, czerwony lub purpurowy, niech da drzewa brazylijskiego. Zielony płaszcz będziesz czyścił tylko ziemią. Biały możesz uczynić zielonym w urzecie farbiarskim, bladozielony w szafranie, a czerwony w drzewie brazylijskim."

Zaintrygowało mnie to "drzewo brazylijskie". Nie mnie pierwszą zresztą, jak można wnosić z dyskusji na Laboratores   (patrz komentarze). Jako że na tekst trafiłam pośrednio, jako cytat, w pierwszym momencie pomyślałam, że ktoś źle przepisał - jednak nie. Kolejna myśl - autor strzelił ciężkiego kalibru babola. Jakie drzewo brazylijskie w XV wieku? Na Kolumba za wcześnie, na Leifa Eriksona za późno, zresztą ten do Brazylii się nie zapuszczał!  A jednak...

Prawdziwe "drzewo brazylijskie" (ang. brazilwood),  Caesalpinia echinata, w rzeczy samej pochodzi z Brazylii, i nie mogło znaleźć się w Europie w średniowieczu. Ale podobne drzewo barwierskie z tego samego rodzaju, Caesalpinia sappan (ang. sappanwood) jest rośliną rodzimą dla Indii, i w średniowieczu jak najbardziej mogło docierać i docierało do Europy. Oczywiście w znacznie mniejszych ilościach i odpowiednio wyższych cenach. 

Aby bardziej zaciemnić sytuację, istnieje trzecia podobna roślina barwierska, kampeszowiec Haematoxylum campechianum, (ang. logwood, campeche )pochodząca z Jukatanu (czyli też Nowy Świat), należąca wprawdzie do innego rodzaju, ale tej samej rodziny (bobowatych), także dająca czerwony barwnik o podobnym składzie, jak Caesalpinia. 
 
Oczywiście surowcem barwierskim wymienionym w XV-wiecznym rękopisie może być tylko 
Caesalpinia sappan. Czyli "drzewo indyjskie" raczej niż brazylijjskie. 

Ale mówiąc o tym, musimy pamiętać, że współczesna systematyka była obcą średniowiecznym i wczesnonowożytnym użytkownikom rzeczonych drzew. Dla nich było to po prostu "czerwone" czy też "ogniste" drzewo, w portugalskim pau-brazil - bez rozróżniania, czy pochodziło z Indii, czy, później, z nowo odkrytej ziemi na zachodzie. I to nie nazwa tego drzewa pochodzi od Brazylii - odwrotnie, to ziemię, obficie dostarczającą cennego surowca, nazwano od niego Brazylią. 

Dlatego piętnastowieczy autor mógł pisać o drzewie "brasil" (czy jakkolwiek dokładnie je nazwał  - z oryginałem manuskryptu nie obcowałam) - mimo że o Brazylii oczywiście nawet jeszcze nie słyszał. 

 

czwartek, 2 maja 2013

Przędzę, tkaninę, czy ... ?

Już od dawna zdarzało mi się wpadać w środek burzliwych dyskusji, czy barwiono przędzę, czy też tkaninę, ale dotychczas raczej w roli czytelnika. Aż wreszcie, sama zainteresowawszy się barwieniem, postanowiłam trochę ten temat zgłębić.

1. Co mówią opracowania?

Jeden z większych autorytetów w dziedzinie średniowiecznej i wczesnonowożytnej produkcji tekstylnej, John Munro, wymienia trzy etapy, na których można barwić wełnę. Tak jest, trzy. Oprócz przędzy i gotowej tkaniny tym trzecim - a właściwie chronologicznie pierwszym jest barwienie określane w języku angielskim jako "dyeing in the wool". Dla języka polskiego najwłaściwszym tłumaczeniem tego terminu wydaje się "barwienie w runie" (nie "w wełnie", ponieważ tym terminem określamy zarówno runo, jak i przędzę lub tkaninę). Barwnikiem preferowanym na tym etapie było indygo, najczęściej z urzetu, jako nie wymagające zapraw mineralnych, których pozostałości utrudniałyby przędzenie i tkanie. Wełny barwione w runie urzetem były potem zwykle dobarwiane w tkaninie innym barwnikiem lub ponownie urzetem, dla uzyskania głębszego nasycenia barwy. Barwienie w tkaninie było standardem, w runie - jego uzupełnieniem. Barwienie w przędzy, wedle Munro, było znacznie rzadsze, miało miejsce wtedy tylko, gdy chodziło o uzyskanie wzorzystych tkanin. 

2. Co mówią znaleziska?

W książce Małgorzaty Grupy Wełniane tekstylia pospólstwa i plebsu gdańskiego (XIV-XVII w.) i ich konserwacja można znaleźć ciekawą informację (s.110) o różnicach w nasączeniu pigmentem warstw wewnętrznych oraz kutneru spilśnionych tkanin, pozwalający na odróżnienie wełen barwionych w tkaninie, i w przędzy lub runie. Zbite, spilśnione tkaniny mają we wnętrzu zauważalnie mniejszą koncentrację barwnika. Wśród tkanin barwnych zdecydowanie przeważają barwione po utkaniu.

3. Co mówi ikonografia?
Przeglądając ilustracje z Ksiąg Domowych Mendla i Landauera  naliczyłam 6 farbiarzy barwiących runo, 1 z barwną przędzą (nie przy czynności barwienia) i 7 barwiących tkaninę. Ponadto 7 rzemieślników opisanych jako farbiarze (nie tylko zidentyfikowanych jako tacy, ale nazwanych w oryginalnym tekście "ferber" lub "verber") przedstawionych zostało z barwną tkaniną, przy jej drapaniu lub postrzyganiu. Poniżej trzy wybrane ilustracje (źródło: http://www.nuernberger-hausbuecher.de ).
U farbiarza barwiącego runo zwraca uwagę leżący na podłodze grzebień do wełny - można wnioskować, że ten sam rzemieślnik zajmował się i jej czesaniem.

Hans Kag zm. 1433

Hainrich Klemb zm. 1545

Hans Krieger zm. 1668
4. Co mówi praktyka?

Zacząć tu warto od jednej uwagi. To, że umiemy wykonać funkcjonalną rekonstrukcję historycznego przedmiotu, znamy konstrukcję podstawowych narzędzi i umiemy się nimi posłużyć, nie jest równoznaczne ze znajomością procesu technologicznego w danym rzemiośle. Nie wszystkie jego elementy pozostawiają namacalny ślad widoczny dla archeologów - i nie wszystkie są niezbędne dla otrzymania jakiegoś rezultatu. Podkreślam "niezbędne" i "jakiegoś" - to znaczy, że pomijając je, możemy pracować mniej wydajnie i otrzymać gorsze rezultaty, ale niekoniecznie będziemy wiedzieć, że przyczyną jest pominięcie tego elementu, a nie np. nasz brak doświadczenia i wprawy.

W przędzalnictwie i tkactwie takim elementem, nie pozostawiającym zauważalnego śladu w depozytach archeologicznych i zachowanych wyrobach, jest natłustka. Jest to po prostu tłuszcz lub mieszanina z jego sporą zawartością, działająca antyelektrostatycznie (czyli przeciwdziałająca "elektryzowaniu się" włókien), zmniejszająca tarcie i chroniąca włókna przed uszkodzeniem podczas zgrzeblenia czy czesania, przędzenia i tkania.
Współcześnie jako natłustek używa się głównie olejów mineralnych i syntetycznych oraz ich emulsji.
Historycznie - pierwszą natłustką był tłuszczopot, naturalnie występująca w runie owcy mieszanina z dużą zawartością lanoliny. Skąd o tym wiemy? Przede wszystkim ze źródeł etnograficznych.
O przędzeniu wełny bezpośrednio po jej pozyskaniu, a więc tłustej, wspomina Moszyński. Spośród blisko dwudziestu kołowrotków, jakie przeszły przez moje ręce, osiem miało potężne pokłady lanoliny na szpuli, haczykach i przede wszystkim wewnątrz oczka.
Moje rozmówczynie, starsze osoby, które przędły wełnę przed druga wojną światową i wkrótce po niej, wspominały, że wełna była "tłusta". Zmieniło się to z rozpowszechnieniem małych gręplarni przemysłowych, usługowo przygotowujących wełnę, później przędzioną na kołowrotkach. Tłuszczopot i przyklejony nim do włosa piasek jest bardzo niszczący dla gręplarek, stad przed gręplowaniem maszynowym wełna zwykle była prana.
S. Greulich w swojej publikacji (1937), wyraźnie adresowanej do drobnych hodowców chłopskich, zaznacza, że jeśli wełna na być przeznaczona do własnego przerobu, należy owce przed strzyżą umyć. Jeśli wełna ma być przeznaczona na sprzedaż, owiec myć nie należy - fabrykant i tak będzie musiał wełnę wyprać.
Mycie, dokonywane przez hodowcę, zwykle w wodzie rzecznej, usuwało część brudu, ale pozostawało w wełnie lanolinę - do jej usunięcia potrzeba byłoby wyższej temperatury, mydła bądź detergentu. I tu pytanie dla myślących - dlaczego na osiemnasto-dziewiętnastowiecznych ilustracjach baby z kołowrotkiem zwykle siedzą przy piecu? Otóż nie ze względu na zziębnięte kości babuni (a przynajmniej nie tylko).
Wyższa temperatura upłynnia tłuszcze i ułatwia przędzenie.
Raz jeszcze przyjdą nam z pomocą Norymberskie Księgi domowe.
Cunrad kemmer, zm. 1425
Czesacz wełny nagrzewa grzebień przed jego użyciem, korzystając ze skrzynki z węglem drzewnym. Podobne urządzenia wielokrotnie pojawiają się w ikonografii.
Tylko dlaczego czesanka jest niebieska? Przecież każdy, kto choć raz zajmował się barwieniem, dobrze wie, że przed nim trzeba wełnę odtłuścić.

Przede wszystkim: rzemieślnicy cechowi nie tylko pracowali inaczej, niż wiejska baba. Pracowali także na innej wełnie - bardziej luksusowej, z owiec o runie jednolitym, o typie cienkorunnym lub przejściowym, bez długiego i grubego włosa okrywowego.
Owce cienkorunne mają procentowo znacznie więcej tłuszczopotu, niż prymitywne. Czyni to ich okrywę lepką i znacznie bardziej podatną na brudzenie. W dodatku ich runo ma charakter zamknięty - jest zwarte po wierzchu, co znakomicie zmniejsza penetrację zanieczyszczeń w głąb, ale jednocześnie czyni te zwierzęta bardzo wrażliwymi na zmoknięcie (trudno po nim wysychają). Dlatego w razie deszczów muszą być trzymane w oborze, co nie poprawia czystości ich wełny. A i mycie tych owiec nie bardzo wchodzi w rachubę...
Dlatego po upowszechnieniu owiec cienkorunnych konieczne stało się pranie wełny już na początku przerobu - i to właśnie pranie, połączone z jej odtłuszczeniem. Mycie w chłodnej czy letniej wodzie bez dodatków nie było tu już wystarczające.
Jednocześnie delikatna wełna owiec cienkorunnych jest jeszcze bardziej podatna na uszkodzenie przy przerobie na sucho. Stąd wynika potrzeba jej ponownego natłuszczania. John Munro wskazuje na wyraźne rozróżnienie pomiędzy tkaninami "suchymi" (draperies sèches), wytwarzanymi z wełen grubszych, bez natłuszczania (być może z zachowaniem części własnego tłuszczu), tańszymi - a "tłustymi" (draperies ointes), wytwarzanymi z wełen delikatniejszych, natłuszczanych (w Europie Południowej oliwą z oliwek, w północnej - masłem), zdecydowanie kosztowniejszymi. Te pierwsze zwykle były niefolowane, w naturalnej barwie, te drugie - folowane i barwione, często kosztownymi barwnikami. Etapy ich wyrobu można przedstawić schematem:

STRZYŻA > PRANIE > ZGRZEBLENIE/CZESANIE > PRZĘDZENIE > TKANIE > WYKOŃCZENIE

Na etapie zgrzeblenia, przędzenia i tkania wełna powinna być w tłuszczu. A to oznacza, że najdogodniejsze, naturalne okienka dla jej barwienia istnieją po praniu, a przed natłuszczeniem do zgrzeblenia, oraz po utkaniu, na etapie wykańczania. Jeśli chcemy ją barwić jako przędzę, trzeba użyć natłustki dwukrotnie - a zarówno oliwa, jak i masło swą wartość mają (nie bez powodu można znaleźć wzmianki o zakazywanych przez cechy namiastkach tych natłustek, np. używaniu wody z mydłem - z pewnością ułatwiała pracę, działając antyelektrostatycznie, ale nie chroniła włókien).

Przy obróbce grubej wełny z owiec prymitywnych obecność natłustki jest mniej kluczowa - ponieważ wełna jest zwykle czystsza (a przynajmniej była w czasach minionych), można wykorzystać naturalny tłuszcz, który mamy za darmo. Nawet jeśli go usuniemy, grubszy włos jest mniej elektrostatyczny, i odporniejszy. Ponadto z takiej wełny zwykle wykonywano przędzę grubszą, nawet przy lekkim osłabieniu i tak dość wytrzymałą do tkania. Dlatego tu - zapewne - można było sobie łatwiej pozwolić na odtłuszczenie wełny już na etapie przędzy, i jej barwienie.

A więc- kiedy barwiono?
W cechowym przerobie sukienniczym niewątpliwie z zasady barwiono albo runo, albo tkaninę. Barwienia przędzy w szczególnych przypadkach wykluczyć nie można, ale i wtedy - konkretnie mówiąc, przy tkaninach wzorzystych - barwienie mogło tak naprawdę mieć miejsce na etapie runa, nie przędzy, a obecnie nie jesteśmy w stanie tego określić (w przeciwieństwie do rozpoznawalnego barwienia na etapie tkaniny- patrz punkt 2).

W przerobie domowym, oraz poprzedzającym organizację sukiennictwa cechowego, barwienie przędzy jest bardziej prawdopodobne, choćby ze względy na brak odpowiednio wielkich kotłów poza wyspecjalizowanymi warsztatami. Ale tak naprawdę mówimy tu o prawdopodobieństwie, nie o pewności.




Greulich Stefan: Gospodarski chów owiec, Warszawa 1937

Munro John: Wool and Wool-Based Textiles in the West European Economy, c.800-1500: Innovations and Traditions in Textile Products, Technology and Industrial Organisation, Toronto 2000 [wersja robocza tekstu Medieval Woollens: Textiles, Textile Technology, and Industrial Organisation, c. 800 - 1500, w: The Cambridge History of Western Textiles (ed. David Jenkins), Cambridge / New York, 2003]

Munro John:  Three Centuries of Luxury Textile Consumption in the Low Countries and England, 1330–1570: Trends and Comparisons of Real Values of Woollen Broadcloths (Then and Now), in: Kathrine Vestergård Pedersen / Marie-Louise B. Nosch (eds.): The Medieval Broadcloth: Changing Trends in Fashions, Manufacturing and Consumption, Ancient Textile Series, Vol. 6, Oxford 2009

Filcowe kapcie

Kolejne filcowe dzieło Siostry - kapcie (lub ocieplacze do butów, zależnie od potrzeby) z wełny jagnięcia wrzosówki, ręcznie pranej i gręplowanej, filcowane na mokro. Wełna jagnięca jest delikatniejsza, nie gryzie tak, jak z dorosłej wrzosówki. A poza tym pięknie się filcuje.