piątek, 18 sierpnia 2017

Kupujemy kołowrotek

Chcemy zacząć przygodę z przędzeniem. Ewentualnie już zaczęliśmy gdzieś na warsztatach czy u koleżanki, i bakcyl się zadomowił... Tak czy inaczej, potrzeba nam kołowrotka. Jak wybrać sprzęt dla siebie?

Istnieją dwie drogi, i nie mi rozstrzygać, która z nich lepsza. Jeśli mamy do wydania sumę rzędu pensji - od bardzo cienkiej, po baardzo porządną - możemy po prostu kupić nowy kołowrotek od producenta. I oczywiście ma to swe zalety - nie natniemy się na wadliwy sprzęt (a jeśli przypadkiem trafi się wada produkcyjna, to możemy liczyć na wymianę czy zwrot), możemy być pewni funkcjonalności, i - co nie bez znaczenia - mamy gwarancję, że bez kłopotu dokupimy dodatkowe szpulki, inne przełożenie, i tym podobne gadżety, których z czasem zapotrzebujemy. I jeśli chcemy się zająć przędzeniem na poważnie, jest to naprawdę dobra opcja. A nawet nie tyle opcja, ile punkt dojścia, w którym kiedyś wreszcie się znajdziemy!

Ale jeśli nie mamy tej sumy, nie chcemy jej wyłożyć, nie wiemy, czy przędzenie to nasze powołanie życiowe, czy tylko zabawa na trochę? Pozostają kołowrotki używane. Tylko jak poruszać się wśród nich, by nie wdepnąć w coś, co może być najwyżej ozdobą knajpy w stylu folk? Postaram się podzielić paroma obserwacjami.

Na początek - czego unikać.

1. Atrapa 

Jest to coś, co jako prządka chcesz ominąć możliwie szerokim łukiem - cepeliowska dekoracja w kształcie kołowrotka. Oczywiście nie tylko nasza Cepelia się niemi zajmowała, można znaleźć odpowiedniki i z innych krajów. A raczej one same znajdują nieświadomych nabywców, kusząc dobrym stanem, względną nowością i malowniczo toczonymi beleczkami i gałeczkami.
Ten oto kołowrotek z daleka wygląda pięknie. Widać dobry stan drewna, nie jest zmęczony życiem, na pierwszy rzut oka wszystko ma na swoim miejscu...

Właśnie - na pierwszy rzut oka. Kolejny ujawnia, że to nawet nie kołowrotek, tylko dekoracja kołowrotkopodobna. Coś, co z daleka wyglądało na napęd double drive (podwójny, czyli ten ze sznurkiem w ósemkę, gdzie jedna pętla idzie na szpulę, a druga na kółko napędowe osi) okazuje się... atrapą. Nie ma osobnej szpuli i napędowego kółka, jest jedna całość.
Na tym nie koniec - oś nie kończy się oczkiem, czyli rurką z bocznym wylotem, pozwalającą przepuszczać uprzędzioną nić - w jej miejscu jest lity metalowy pręt. Na tym nic nie uprzędziemy!


Dla porównania - jak to powinno wyglądać... Po lewej stronie widać osobno kółko napędu osi i szpulę (oczywiście mogą istnieć i kołowrotki single drive, z napędem tylko na szpulę) , po prawej widać oczko, przez które przechodzi przędza.

Atrapom, jak by nie były piękne, mówimy zdecydowane NIE! Teoretycznie można starać się je przerobić, ale wysiłek i koszt jest nieproporcjonalny do wartości. A jako że nie były one w ogóle wykonane do tego, by prząść, więc nawet gdyby wymienić w nich niefunkcjonalne elementy - w przypadku okazu powyżej cały zespół szpuli i skrzydełek - i tak nie będą dobrze pracowały. Okażą się niewyważone, nieergonomiczne - szkoda czasu, pieniędzy i życia.

2. Funkcjonalna zabawka

Taką nazwą zwykłam określać coś, co nawet działa, na upartego można na tym ukręcić nić - ale do prawdziwego kołowrotka ma się tak, jak zestaw małego mechanika do prawdziwych narzędzi. Funkcjonalne zabawki mają wszystkie zasadnicze elementy na swoim miejscu, ale są małe, lekkie - przy solidniejszym śmignięciu nogą rzucają się do panicznej ucieczki od ściany do ściany - często również spasowane na słowo (wątpliwego) honoru, przez co niemiłosiernie klekocą, stawiają opór nieproporcjonalny do swej masy, i zużywają się w przyspieszonym tempie. Przy czym granica pomiędzy "funkcjonalną zabawką" a prawdziwym kołowrotkiem nie jest ostra - coś, co jedną prządkę tylko i wyłącznie wkurza, inna może uznać za całkiem przyzwoity mały słodki użytkowy kołowroteczek. Często są bardzo ozdobne, i na zdjęciu mogą prezentować się pięknie, zwłaszcza jeśli nie widać skali. Ewidentnie Niemcy lubują się w nich jako elemencie wystroju wnętrz. A może właśnie przestali się lubować, bo ustrojstwa te trafiają na nasz rynek głównie z drugiej (trzeciej, i piątej) ręki z Niemiec.
To właśnie ten typ. Tu akurat mamy "plotkarkę" czy "kumoszkę", kołowrotek z dwiema szpulami - ale o wiele częściej oczywiście trafimy takie z jedną. Już z daleka widać lekką, filigranową konstrukcję (a przy sprzęcie do pracy nie wróży to dobrze!)

Przy całej tej filigranowości bije po oczach toporne wykonanie roboczych elementów - kółko napędowe osi powinno leżeć w jednej linii z głównym kołem, a tu widać, że jest od niego potężnie odchylone (czerwone linie)  - jeśli spróbujemy na nim prząść, czeka nas wieczna walka z permanentnie spadającym  sznurkiem napędu. Uprzedzam, z tej walki wygranym może wyjść tylko sznurek!

Teoretycznie mamy tu regulację naciągu. Wykręcenie lub wkręcenie śruby powinno poruszać w pionie zespołem szpuli i skrzydełek, zmniejszając lub zwiększając naciąg. Teoretycznie... bo w praktyce śruba jest zbyt krótka, by pozwalała na sensowny zakres regulacji, a i wycięcie nad poprzeczniakiem jest za płytkie, by dawało na to miejsce.


Inny przykład (foto dzięki Ani W.) - zespół szpuli i skrzydełek dość typowy dla "funkcjonalnej zabawki": posiada wszystkie zasadnicze elementy - oś z oczkiem, skrzydełka, ruchomą szpulę, kółko napędu - ale w oczy rzuca się ich wzajemne niedopasowanie: skrzydełka są za krótkie w stosunku do długości szpuli, sama szpula maleńka, kółko napędowe o identycznej średnicy, jak szpula, co nie daje możliwości porządnej regulacji siły, z jaką kołowrotek będzie ciągnął przędzę.


To parę przykładów, postaram się uzupełnić paroma innymi. Co nas powinno zaalarmować? Kołowrotek w podejrzanie dobrym stanie, bez śladów zużycia, mały i lekki, często bardzo ozdobny. I często ozdobiony grzywą lnianej kądzieli, która tak malowniczo wygląda przed kominkiem!

3. Eksponat etnograficzny

Bywa, że kołowrotek ma walor etnograficzny i jednocześnie nadaje się do przędzenia - ale bywa rzadko. Zwykle stare ludowe sprzęty mają za sobą najpierw lata intensywnego używania - a potem dziesięciolecia w odstawce. I dobrze, jeśli były to dziesięciolecia w kącie mieszkania czy na strychu - ale jakoś częściej zdarza się, że była zawilgocona komórka przy oborze. Albo, co najgorsze, raz wilgotna, raz wysychająca. Przy zmiennej wilgotności drewno "pracuje", zmienia swoją objętość i kształt, i wypacza się. Wysychające elementy pękają. Poza tym w stojącym przez dziesięciolecia bez opieki drewnie raj znajdują kołatki, spuszczele i inne przyjemniaczki.

Przesuszone drewno  nie tylko rozeszło się na łączeniu obwodu koła - pęknięta jest też piasta. Można próbować klejenia i wypełniania szczelin - ale przy pracy wypełnienie będzie się wykruszać. Ten kołowrotek po doczyszczeniu może być ładnym eksponatem, ale do ciężkiej pracy już emeryta nie zagonimy!

Spaczone koło, nawet trzymające się w jednym kawałku, to kolejna zmora. I jeśli upieramy się na "starocia", to trudna do uniknięcia - tym trudniejsza, im większe koło (bo takie proporcjonalnie łatwiej się wypacza). Jeśli zauważymy, że koło jest zwichrowane - koniecznie załóżmy sznurek i sprawdźmy, czy nie spada przy kręceniu. Jeśli tak - to już niestety możemy odśpiewać requiem. Jeśli trochę "bije", ale sznurek się trzyma... cóż, zależy od stopnia naszej desperacji...

Tu ucztowały drewnojady - pod lakierowaną powierzchnią ukrywa się drewno przerobione na proszek. Drewnojady zostały wytrute (lub wyleciały), i jako eksponat kołowrotek może służyć jeszcze następnym pokoleniom. Ale jeśli zaczniemy go eksploatować - przy którymś obrocie i przesunięciu nastąpi "puff", bo nawet nie "trach".
Jeśli stoczone są pojedyncze, łatwe do zastąpienia elementy (nóżki, pedał...) - można myśleć o ich dorobieniu. Ale zawsze należy bardzo krytycznie sprawdzić elementy robocze!

Warto też uważać na szare drewno. Nie przyszarzałe od kurzu, nie po prostu brudne - to się doczyści (jeśli jest brudne od oleju lub smaru w pracujących miejscach  - wręcz dobrze wróży). Ale drewno zszarzałe to takie, które wielokrotnie mokło i wysychało - na deszczu, albo w zaparowanej komórce przy oborze. Ani jedno, ani drugie nie wróży dobrze - patrz wyżej.

Ale jeszcze bardziej uważałabym na "ludowe, pięknie odnowione". Takie amatorskie remonty (a dla kołowrotka "amatorem" również stolarz-renowator, jeśli nie ma pojęcia o funkcjonowaniu tej maszyny, lub na jej funkcjonalności mu nie zależy)  kończą się zdarciem wierzchniej warstwy drewna, przez co elementy przestają do siebie pasować, zalakierowaniem na śmierć i posklejaniem z sobą elementów, które powinny być ruchome, zamaskowaniem farbą lub szpachlą pęknięć i dziur po drewnojadach, które ostrzegłyby nas przy kołowrotku nie odnawianym.

Czy to znaczy, że należy wystrzegać się "zabytków"? Zależy, czego oczekujemy. Osobiście mam do nich duży sentyment. Wyławiając na targu czy portalu taki sprzęt - nawet jeśli nie posłuży on już do solidnej pracy - mam poczucie ocalonej pewnej wartości. Którego nijak nie da mi współczesna "funkcjonalna zabawka".







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz